poniedziałek, 23 lipca 2012

Era podglądaczy - jak daleko można się posunąć, by zostać sławnym?

© peshkova - Fotolia.com

Żyjemy w świecie, w którym wirtualne znajomości zostały zrównane z tymi bezpośrednimi. Oczywiście, należało przewartościować słowa takie jak przyjaźń, miłość, lojalność, zaufanie. Należało również dostosować rzeczywiste relacje do tych wirtualnych (jak powie jedna z bohaterek filmu - jeśli nie masz konta na fb, wypadasz z gry - tracisz kontakt z rzeczywistością przeniesioną w 90% do hiperrzeczywistości). Wiarygodności postaci (siebie) można (trzeba) się nauczyć. Na co dzień jesteśmy nudnymi bohaterami bez publiczności - fanów, podglądaczy, komentatorów. Nie mamy ciekawej osobowości, bo nie potrafimy się sprzedać. By się sprzedać jako produkt (markę) można się samodoskonalić (szlifować odgrywaną historię i znaleźć w niej chwytliwy punkt zaczepienia - najlepiej śmierć młodszej siostry, chociaż i dramatycznie opowiedziane zwolnienie z pracy może być) lub zapisać się na kurs (tam wyszkoleni trenerzy nauczą nas jak odgrywać własną rolę, by stać się kimś popularnym w sieci, lub - jeśli taki nasz cel - dostać się do reality show).


Kiedyś ekscytowaliśmy się reality show, które wdarło się na polski rynek na fali popularności Big Brothera. Sama wtedy zastanawiałam się po co ludzie to robią. Dlaczego sprzedają swoją prywatność, intymne szczegóły z życia, opowiadają o skomplikowanych relacjach rodzinnych, biorą śluby "na żywo" i "na żywo" odbywają setki nocy poślubnych? Odpowiedź była dość jednoznaczna: dla pieniędzy. Podobno to dla pieniędzy i sławy ludzie zrobią wszystko. Tylko... o ile dobrze pamiętam, to jedna osoba zgarniała całą wygraną - reszta musiała obejść się smakiem. Każdy zatem chciał dobrze wykorzystać swoje 5 minut. Były romanse, kłótnie, wulgaryzmy, seksualne skandale (ostatnio czytałam o gwałcie w brazylijskiej odsłonie Wielkiego Brata), palenie trawki (zerwanej z ogródka i wysuszonej żelazkiem), pozorne przyjaźnie i filozoficzne rozmowy o życiu i śmierci. Różne drogi do sukcesu można było obrać - dobrze wychodzili na tym tylko ci, którzy konsekwentnie swą rolę odgrywali (np. śpiewające skandalistki czy zapaleni kucharze). Kamera wychwyci wszystko (co później, za sprawą montażu, zostanie uwypuklone) i nie pozwoli, by w wykreowaną osobowość wdarł się "fałsz". Fałszem jest wszystko, co od kreacji odbiega i podważa jej wiarygodność (np. katoliczka, kura domowa i matka 2 dzieci nie powinna przeklinać i flirtować z  dwoma mężczyznami na raz; ha! i to jeszcze młodszymi od siebie!). W życiu jest rzeczą naturalną, że odgrywamy kilka (jak nie kilkanaście) ról. W telewizji, jak się to wielokrotnie okazywało, widzowie akceptują jedynie "jednotorowość". Zatem uczestnicy stają się aktorami jednej roli i często jedynie z tą rolą są kojarzeni po zakończeniu show. Reasumując (choć też bardzo spłycając temat): reality show jest konkursem na wiarygodność i spójność osobowości (roli), zaskarbienie sympatii widzów a, w konsekwencji (i w zależności od programu), sposobem na wygranie pieniędzy, zdobycie sławy, wyruszenie w podróż czy... zdobycie nerki ("The Big Donor Show"). 

Do pewnego momentu trywializowałam takie zachowania ekshibicjonistyczne stwierdzeniem, że "to dla pieniędzy". Jednak co w takim razie z ludźmi, którzy we własnych mieszkaniach instalują kamerki i nadają na żywo on-line całą dobę? Przecież nikt im za to nie płaci! Po co to robią?

M. in. o tym jest Era podglądaczy (tutaj można ją zobaczyć on-line). Po części odpowiada na pytania dlaczego potrzebujemy hiperrzeczywistości, gdzie upatrywać korzeni wirtualnego ekshibicjonizmu i jakie są jego konsekwencje. Za sprawą głównego bohatera - autora projektu, poznajemy świat popularnych video-blogerów i pobudki, jakimi kierowali się np. robiąc swój pierwszy yt-owy filmik, zakładając blog czy instalując w całym domu kamerki, bezpośrednio połączone z internetem. 

               

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz