środa, 4 kwietnia 2012

Współczesna kultura wstydu

© Elena Schweitzer - Fotolia.com


Zakupy są nieodłącznym składnikiem naszego życia. Normalne. Jeśli nawet nie robimy ich codziennie w osiedlowych sklepach, to przynajmniej raz w tygodniu wybieramy się na większe łowy do hipermarketu. Też normalne. Nie mamy czasu, nie lubimy tłumów, nie możemy zdzierżyć ogłupiającej muzyczki czy tekstów (wygłaszanych przez znudzone panie) rodem z "Filmu o pszczołach". Wszyscy to rozumiemy.



Wybierając się na zakupy do jednej z sieci hipermarketów zazwyczaj kupujemy w niej wszystkie nam potrzebne produkty. Wiemy, że gdzieś dany towar jest tańszy, ale oszczędność czasu wpływa na nasze decyzje. Na tym hipermarkety powinny zarabiać. I tylko na tym

Każdy z nas ma pewnie odmienne doświadczenia. Proceder dotyczy produktów spożywczych i "gazetkowych promocji". Nie oszukują nas na "znaczących" kwotach, więc dopiero w domu, przeglądając paragon, orientujemy się, że kupiliśmy coś w "normalnej" kwocie a nie tej deklarowanej, w teorii - promocyjnej. 

© monticellllo - Fotolia.com


Niejednokrotnie wchodzimy do sklepu po określone produkty spożywcze, bo akurat ich nam w kuchni brakuje. Tak "na już". Wtedy dopiero jest to widoczne. Sama u siebie zauważyłam, że nie dopominam się o różnicę w "deklarowanej kwocie" i "rzeczywistej", tylko dlatego, że są to groszowe sprawy. Na tym ta cała machina bazuje. Głupio podejść do pani w informacji i zażądać zwrotu 58 groszy... Może jednak tak trzeba? Tracimy swój cenny czas użerając się z obsługą sklepu, ale nie dajemy się nabijać w butelkę. Nie jesteśmy przecież jedynymi klientami, którzy "się dali zrobić". Wielkie sieci hipermarketów na tym właśnie bazują - na naszym wstydzie, na braku dopominania się "o swoje", przyzwoleniu na oszustwo, bo nie przekracza ono 10 złotych. 

Znalazłam ciekawy artykuł TUTAJ i stąd ta refleksja.      

3 komentarze:

  1. Ze stu "małych oszustw" robi się jedno duże. Z dwóch dużych robi się po prostu oszustwo. To się nie powinno stopniować.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację. Przed świętami dopiero zaczęłam dostrzegać cenowe oszustwa supermarketów - do tej pory znałam to jedynie ze słyszenia. Pozytywne jest to, że do czytników kodów zaczęły się robić kolejki, więc ludzie nie dają sobie w kaszę dmuchać. Z drugiej strony - klienci przestają ufać temu, co widzą - a przecież powinni mieć zagwarantowaną odpowiednią cenę rzeczywistą do tej deklarowanej! Pamiętam, że czytniki kodów (umieszczone w newralgicznych punktach sklepu, tj. tak, by klient nie znalazł ich od razu) kiedyś służyły nam jedynie do tych produktów, których cen nie byliśmy w stanie ustalić na półce. Teraz ich celem jest korygowanie "cen promocyjnych". Klienci, po skończonych zakupach - zanim trafią do kasy, podjeżdżają z załadowanym po brzegi wózkiem pod czytnik i tam sprawdzają ich "rzeczywistą wartość". Pracochłonne, czasochłonne - ale jakie oszczędne!

      Usuń
  2. Ja jestem wyczulona na takie "maketingowe chłyty" - wolę 6 razy sprawdzić cenę, biegać do czytnika i przynajmniej wiem za co i ile zapłace. Proste.

    OdpowiedzUsuń