wtorek, 24 stycznia 2012

Musimy porozmawiać o Evie




Dzisiaj udało mi się zobaczyć Musimy porozmawiać o Kevinie.

Z jednej strony film jest o niedostatku miłości macierzyńskiej (czy rodzicielskiej w ogóle), o braku autorytetów, braku porozumienia, czy jakiejkolwiek próby komunikacji. Z drugiej jednak dotyka takich tematów  jak społeczny ostracyzm, poszukiwanie kozła ofiarnego, winowajcy. Zadaje pytania o granice miłości, czy o przebaczenie, (zarówno bliźniemu jak i sobie).




Kevin, mimo swojego młodego wieku, jest wręcz wzorcowym socjopatą - w myśl definicji: jest pozbawiony sumienia i wstydu, poczucia winy i skruchy, nie jest w stanie zaopiekować się drugim człowiekiem (czy nawet zwierzątkiem), nie bierze na siebie żadnej odpowiedzialności (pozwala, by siostra bawiła się żrącym środkiem, a świnkę morską umieszcza w rozdrabniarce...), jest bardzo inteligentny, kontakty międzyludzkie nie są mu potrzebne do szczęścia. Jeśli socjopata nawiązuje kontakt z drugą osobą, to "eksploatuje ją"- siostra jest podajnikiem napoju, ojciec - nauczycielem, który uczy jak strzelać z łuku, matką manipuluje. Kevin nie reaguje na miłość czy czułość, bo przecież nie odbiera sygnałów z otoczenia. Nie respektuje żadnych norm etycznych. Te wszystkie symptomy zaburzeń osobowości były już widoczne u niego, kiedy był mały. Jako kilkulatek nie korzystał z WC - wolał nosić pieluchę, kłamał, łamał wszelkie zakazy - bez zająknięcia zdewastował matczyny pokój, rozrzucał  jedzenie, a kanapki przyklejał do blatu stołu. Matka była załamana, a co na to ojciec? "Przecież tacy są chłopcy"...

Skupiamy się na chłopcu, a myślę, że "powinniśmy porozmawiać o Evie" po tym, co się stało.  Nie obwiniać jej za wszelkie poczynania syna mówiąc, że "niewystarczająco kochała", że "nie wychowała", że "źle wychowała", że "dała sobą manipulować". Starała się jak mogła... To wszystko wynika z jej bezradności i mocnego charakteru potomka. Ona chce kochać, ale nie potrafi widząc, że każde jej działanie kończy się fiaskiem. Spędza cały dzień z synem, który nie okazuje jej szacunku czy nawet uwagi, zaś kiedy przychodzi do domu ojciec, zachowuje się jak mały piesek, który merda ogonkiem i radośnie obszczekuje właściciela. To może zdeprymować. Spowodować, że w głowie narodzi się pytanie: co jest ze mną nie tak? Co robię źle? 

Łatwiej jest kochać kogoś, kto chce być kochany.  Łatwiej wtedy okazywać uczucia. Łatwiej wychować jest dziecko, które nie stwarza problemów wychowawczych, łatwiej dogadać się z grzecznym dzieckiem itd. Myślę, że mimo wszystko Eva kochała Kevina - nie potrafiła tylko tego wiarygodnie wyartykułować. Myślę również, że dobitnie o tym świadczą jej wizyty w więzieniu. Przecież mogła zerwać kontakt. Odwrócić się od niego...

Bardzo istotny jest tutaj temat winy - czy to ja stworzyłam socjopatę? Czy gdybym zorganizowała mu czas po szkole, to przestałby być outsiderem? Czy gdybym nie pozwoliła na pogłębianie strzeleckiej pasji syna, to by coś zmieniło? Czy gdybym zarekwirowała mu gigantyczne kłódki, to sprawy potoczyłyby się inaczej? Czy jego zaburzenia osobowości są spowodowane "incydentami" z dzieciństwa? Czy to ja stworzyłam potwora? 

Socjopatia to trwałe zachowania antyspołeczne, pojawiające się w wieku dorastania - ich przyczyn można doszukiwać się zarówno w czynnikach genetycznych jak i środowiskowych. Stąd poczucie winy u Evy - nie wie, czy jej dziecko od urodzenia miało "mordercze predyspozycje", czy sama je ku nim popchnęła...

Film można rozpatrywać na wielu różnych płaszczyznach, i m. in. za to go sobie cenię. To, co rzuciło mi się w oczy, z perspektywy całości, to szalenie działające na wyobraźnię obrazy - ilustracje. Sekwencja otwierająca, czyli bitwa na pomidory jest tym, co przywołujemy w pamięci w momencie masakry w szkole, która przecież nie jest pokazana dosłownie. Stłoczone postacie, ocierające się o siebie, nie wiedzące skąd padnie kolejny strzał - ogólny chaos i zamieszanie. Czy scena przy stole - Celia będzie miała szklane oko, a jej brat nagle polubił liczi - niczym teatralnie obiera "białą gałkę" z twardawej skórki, następnie rozgniata zębami, nie domykając ust, tak, by sok spływał mu po brodzie.

Musimy porozmawiać o Kevinie jest filmem wartym obejrzenia, a tematy w nim poruszane aż proszą się o chwilę refleksji.

4 komentarze:

  1. Pamiętasz, gdy Kevin, w rozmowie, podczas wspaniałej wyprawy na pólko golfowe (matka z torebką pod pachą), zaprogramowane nagle, ni stąd ni zowąd, przez matkę, mówi do niej "jesteśmy do siebie podobni". Eva jest tak samo zimna jak on. Albo inaczej, to Kevin jest tak samo zimy jak ona. Piszesz, że Eva kocha Kevina, ale nie umie mu tego pokazać. Z Kevinem jest podobnie, prawdopodobnie, on też kocha matkę, ale nie umie jej tego okazać, bo matka go tego nie nauczyła. Pamietasz choć jeden moment przytulenia go przez Evę? Tak był taki moment, jeden jedyny, kiedy Kevin grzecznie słucha, gdy matka czyta mu bajkę o łuczniku. Żeby dziecko byłó szczęśliwe wystarczy je tylko kochać i umieć mu to okazywać, od niemowlęctwa. Najważniejsze są pierwsze lata u dziecka. A tego Eva, skupiona na sobie i swoich uczuciach ("Mamusia była kiedyś taka szczęśliwa, marzyła o Francji, dopóki nie urodzil się Kevinek")nie potrafiła. Nie sztuka jest być dobrą matką dla dziecka uległego i grzecznego, sztuka poradzić sobie z prawdziwym indywidualistą, a Kevin się do takich zaliczał.
    Nie można zrzucać całej winy na Evę, Frank, jej mąż też się nie postarał, by z Kevina wyrośli ludzie. Nie interesowal się problemami ani Evy, ani Kevina, nie zbudował sobie żadnego autorytetu u syna, na kim ten dzieciak się oprzeć? Na wiecznie nieobecnej (psychicznie i duchowo) matce, albo na ojcu, nie dopuszczającego myśli, że w domu są problemy.
    Być może nie są oni w pełni winni temu kim stał się Kevin, każdy popełnia błędy, ale na pewno nie pomogli mu, żeby sie taki nie stał.

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak, ja rozumiem te racje - zmierzam jedynie do pytania o to, jak dalece możemy obwiniać rodziców o błędy dzieci. Myślę, że byłoby to zbyt proste przeniesienie, bo wynikałoby z niego, że tak jak dziecko niekochane kochać nie będzie potrafiło, tak dziecko alkoholika również alkoholikiem się stanie itd. Właśnie - Kevin jest indywidualistą i doskonale potrafi wykorzystywać ludzi wokół, by zaspokoić swoje potrzeby. Zauważ, że to nie Eva przytula podczas czytania bajki, a Kevin kładzie się jej na kolanach i niejako - pozwala się w ten sposób przytulić. Kolejna kwestia - czego dotyczy bajka? W umyśle tego chłopca zrodził się wtedy szalony pomysł, który za jakiś czas (choć z premedytacją, bo przed 16 rokiem życia) wcieli w życie. Dzisiaj matka jest mu potrzebna do przeczytania bajeczki, więc może spławić ojca. Jutro matka idzie w odstawkę, bo ktoś musi go nauczyć strzelać z łuku jak Robin Hood...

    Eva zabiera nastolatka na pole golfowe, później do restauracji - nie potrafią ze sobą rozmawiać, to fakt. Myślę, że to zdanie dotyczące podobieństwa (które jest prawdziwe) Kevin wypowiedział, by ją upokorzyć, by po raz kolejny pokazać kto tu rządzi. Ona jako jedyna dostrzega to,że ma pod swoim dachem potwora, który ją dręczy, robi na złość, dokucza na wszelkie możliwe sposoby. Reszta to bagatelizuje - jego siostra jest zbyt mała, by dostrzec to, że stała się jego służącą; mąż Evy twierdzi, że przesadza, przecież "to tylko dziecko".

    Na świecie jest mnóstwo niekochanych dzieci, codziennie, robiąc sobie mały przegląd prasy, czytam o wyrodnych rodzicach, którzy w ekstremalny sposób zaniedbują swoje pociechy. Kevin jest jednym z tych niekochanych, ale nikt go nie przypala papierosami, nie wyzywa, nie obwinia za wszystko, nie wysyła na żebry, nie każe kraść, nie straszy, że go "odda do domu dziecka" lub "wyrzuci". Raz tylko Evę poniosło i musiała za to bardzo długo pokutować... Ale przecież nie ma idealnych rodzin, idealnych matek, czy nawet kobiet, które są przygotowane na macierzyństwo. Sama nie wiem, czy płaczące non stop niemowlę nie wywołałoby u mnie podobnego zachowania, co u Evy. Pewnie też chciałabym je zagłuszyć... Chociaż na chwilę.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten film (i jego tytułowy bohater) przywołał w mojej pamięci Andreasa Breivika - sprawcę zamachu bombowego w Oslo i autora masakry na wyspie Utoya. Norweski terrorysta w manifeście wskazał na trudne relacje z ojcem.

    "Jens Breivik rozwiódł się z matką podejrzanego niedługo po narodzinach chłopca, a kontakt z synem stracił już w 1995 roku, kiedy Anders był nastolatkiem.

    - Nigdy nie mieszkaliśmy razem, lecz kontaktowaliśmy się parę razy, kiedy był dzieckiem. Gdy był młodszy, był zwykłym, ale zamkniętym w sobie chłopakiem. Wtedy nie interesował się polityką - powiedział ojciec Andersa Breivika." (źródło: www.fronda.pl)

    Andreas swoim manifeście napisał: "Byłem wychowywany w liberalno – matriarchalnym duchu. Bez dyscypliny, za to na feministyczną modłę. Moja matka zawaliła moje wychowanie".

    Po tragedii pojawiły się komentarze, że to rodzice są wszystkiemu winni (poniżej przykładowe komentarze użytkowników):

    "Chłopzewsi":
    "Tatusiu, jesteś bardziej winny od twojego chorego syna, nie porzuca się dzieci. Gdyby chłopak miał normalnego ojca, to nie było by tragedii. Powinieneś odebrać sobie życie."

    "mba":
    "To wiele wyjaśnia. Jak się miało takiego ojca..."

    Tutaj jest to o tyle lepiej widoczne, że nie mamy do czynienia z 16-latkiem (którego nie wiadomo jak rozpatrywać pod względem prawnym) a mężczyzną 30-letnim. I w jednym i w drugim przypadku uważam, że tłumaczenie swoich czynów "trudnym dzieciństwem" czy uważanie, że ktoś dopuścił się ataku agresji na dziesiątkach niewinnych osób, bo "miał trudne dzieciństwo" jest trochę pójściem na łatwiznę. Gdyby było tak, że jesteśmy w takim stopniu determinowani przez naszych rodziców, to każdy mógłby wyzbyć się odpowiedzialności za swoje czyny (to nie ja jestem zły, to moja mama była).

    Rozumiem, że rodzice (tj. wychowanie), społeczeństwo czy środowisko, w jakim od małego egzystujemy, ma na nas wpływ. Wydaje mi się jednak, że trzeba zwrócić uwagę na wszystkie aspekty osobowościowe takiego mordercy. Człowiek dojrzewa, jego osobowość się kształtuje cały czas, może wiele zmienić, zreinterpretować, przekształcić. Rodzice mają na nas wpływ do pewnego momentu, później sami decydujemy o własnym losie. Wszystko możemy przezwyciężyć, jeśli tylko wszystko z naszą psychiką jest ok.

    OdpowiedzUsuń
  4. Też, tak jak ty, miałam jeszcze przed zobaczeniem filmu, skojarzenia z Brejvikiem i jego historią. Ale nie obarczałam jego rodziców jego winą, choć nie wykluczam, że mogli się ku temu przyczynić. Ty też nie możesz pewna, że nie. Psychika ludzka to nie wzór matematyczny.
    Już nieraz wspominałyśmy, że różne czynniki mają wpływ na wychowanie dziecki i wykształcenie jego osobowości. To jest oczywiste, ale przy tym wszystkim, to matka i ojciec są tym czynnikiem, który ma wpływ od naszego narodzenie, na to jak dalej potoczy się nasz los, czy będziemy (przy założeniu, że urodziliśmy się bez żadnych wad rozwojowych mózgu) ludźmi mocnymi psychicznie. Jasne, wszystko mozna przezwyciężyć, tylko nie wszytskim się to udaje. Jeśli się nie udaje, wtedy najczęściej nie mordujemy naszych bliźnich, tylko samych siebie, zadając sobie powolną śmierć (alkoholizm, i wszelkie inny -izmy) Ileż to ludzi jest na świecie, niby żywych a jakoby nie żywych. I na tym zakończę z mojej strony tę naszą dyskusję, bo o tych sprawach naprawdę można by bez końca....

    OdpowiedzUsuń