wtorek, 25 października 2011

Nowa forma konsumpcji kultury wysokiej


Ludzie mogą mówić, że nie umiem śpiewać, ale nikt nigdy nie powie, że nie śpiewałam.  

FLORENCE FOSTER JENKINS


Wczoraj mogliśmy uczestniczyć w niezwykłym wydarzeniu. Za pośrednictwem telewizji i internetu mogliśmy na żywo doświadczyć kultury wysokiej. Pomysł telewizyjnych spektakli, rzecz jasna, nie jest nowy - pierwszy spektakl - Okno w lesie Leonida Rachmanowa i Jewgienija Ryssa (w reżyserii Józefa Słotwińskiego) został wyemitowany w 1953 ze studia telewizyjnego przy ulicy Ratuszowej w Warszawie. W trakcie pięćdziesięciu lat swojego istnienia Teatr Telewizji wyprodukował ponad 4 tysiące spektakli. Tym razem emisyjna inicjatywa została poszerzona o możliwości współczesnej cywilizacji. Na stronie www.boska.tvp.pl można było śledzić grę aktorów za sprawą trzech kamer lub obejrzeć wersję reżyserską. Aż do tej pory żadna telewizja w Polsce nie poszerzyła grona odbiorców  kultury wysokiej o internautów.


Triumf entuzjazmu nad talentem.

Teatr Telewizji po czterdziestu latach wrócił do spektakli nagrywanych na żywo. Wraca na ekrany z przytupem (w niektórych scenach spektaklu dosłownie) światowym hitem teatralnym - "Boską" Petera Quiltera (w reż. Andrzeja Domagalika) - zabawną historią milionerki, której największym marzeniem było zostanie śpiewaczką...

Florence Foster Jenkins jest nazywana najgorszą śpiewaczką świata. Mimo braku muzycznego talentu jej recitale cieszyły się dużą popularnością. Wczoraj przed telewizorami zgromadziła 3 miliony widzów, a  w warszawskim Teatrze Polonia sztuka z jej postacią w roli głównej  jest grana już czwarty sezon przy pełnej widowni. 

Florence z dziecięcą naiwnością wierzyła w swój cudowny talent. Dar śpiewania był tym, czym chciała się dzielić z jak największą publiką. Śpiewem uświetniała uroczystości wszelkiej maści - aż dziwne, że na pogrzebie psa (pupilka Dorothy) nie chciała zaśpiewać w ramach "pożegnalnej mowy". Madame Jenkins każdym swoim występem udowadniała, że nie trzeba mieć talentu - wystarczy odwaga i wiara w siebie. Wierzyła również w ludzi. Była przekonana, że nie przychodzą na jej koncerty w złej wierze, nie przychodzą z niej szydzić, nie traktują jej występów jako formy kabaretu. W tej opinii utwierdzały ją osoby najbliższe - kochanek - Clair Bayfield, przyjaciółka i akompaniator. Krystyna Janda po raz kolejny wcieliła się w rolę bogatej ekscentryczki, która, nie mając ani słuchu, ani głosu występowała w najsłynniejszych salach koncertowych świata, zapełniając Carnegie Hall do ostatniego miejsca.


Akcja sztuki rozgrywa się w Nowym Yorku w 1944 roku. Florence poszukuje nowego akompaniatora. Szczęśliwie na jej drodze staje Cosme (Maciej Stuhr) - człek skromny, acz ceniący sobie dobre brzmienia. Do tej pory grywał do kotleta, ale wie, że stać go na więcej. Granie dla wielkiej operowej divy ma zapewnić mu awans społeczny i sprawić, że stanie się osobą rozpoznawalną. Jak się później okaże - nie do końca o taką rozpoznawalność mu chodziło... Madame Jenkins jest w stanie wdzięcznie zarżnąć każdy utwór, ale proponuje trzy razy większe pieniądze niż restauracja w której pan McMoon grywa. Wbrew swym ideałom - Cosme przystaje na warunki Florence. Postać ironicznego narratora w pierwszym akcie zostaje wystylizowana na Gustava von Aschenbacha - kompozytora znanego nam ze Śmierci w Wenecji Luchino Viscontiego. Człowiek ambitny, wręcz "stylistycznie wyrafinowany", szukający w świecie czegoś wzniosłego, wielkich podniet - natrafia na tych wyżyn kultury przeciwieństwo. Aschenbach odkrywa w sobie fascynację młodym, ślicznym chłopcem - Tadziem. McMoon zaczyna darzyć Madame Florence szczerą życzliwością i zaczyna ją podziwiać. Ideał sięgnął bruku. Obaj wielcy duchem, żyjący platonicznymi ideałami, wierzący w piękno i harmonię dźwięków - zderzają się z rzeczywistością. Z rzeczywistością, której Florence nigdy nie doświadczy. Ona (w stroju pastereczki, z gigantyczną kryzą czy w roli anioła inspiracji) jest przecież z innej bajki...     

2 komentarze:

  1. Kurczeż, przegapiłam to wydarzenie. Szkoda! Ale, Aniu, nie napisałaś, czy Ci się sztuka podobała. Ja prawdę mówiąc, jestem już nieco przejedzona Jandą, piszę to, bez ujmowania jej w czymkolwiek. Może dlatego zapomniałam?

    OdpowiedzUsuń
  2. Szczerze mówiąc z Jandą nie miałam wielu przygód - widziałam ją w paru filmach i to dość dawno(na najnowszych - "Rewersie" i "Tataraku" nie byłam). Dlatego nie mogła mi się przejeść ;) "Boska" szalenie mi się podobała, a Janda w roli infantylnej śpiewaczki odnalazła się świetnie. Uwielbiam głos Wiktora Zborowskiego i myślę, że Maciej Stuhr świetnie wypadł w roli Cosme - ukrytego geja, ironicznego akompaniatora czy zdystansowanego narratora.

    OdpowiedzUsuń