wtorek, 3 maja 2011

Rośnie liczba tegorocznych wydarzeń medialnych


Najpierw oczekiwanie na ślub i spekulacje oscylujące wokół książęcego wesela, później beatyfikacja i owacje towarzyszące odsłonięciu portretu nowobłogosławionego, następnie "święto flagi" i gigantyczny biało-czerwony mazurek jemu towarzyszący, no i - last but not least - śmierć Osamy bin Ladena i euforia temu towarzysząca wśród Amerykanów... 
Hmmm... Czy coś przeoczyłam? 
 
Amerykanie świętują śmierć Osamy bin Ladena/AFP (źródło)
 
Lubujemy się w kolektywie, kochamy wspólnotowość - myśli, poglądów, zachowań. Uwielbiamy się jednoczyć "w słusznej sprawie", jesteśmy istotami stadnymi i, niczym barany prowadzone na rzeź, idziemy z tłumem. Sprzeciw nie jest tolerowany. Sprzeciw jest ZŁY. Sprzeciwiać się nie należy. Każdy, kto odważy się wyrazić własne zdanie i nie jest z nami - jest przeciwko nam - rasie dominującej. 

Kreowanie wydarzenia medialnego ma to do siebie, że za cel nadrzędny obiera sobie grę na emocjach i wręcz pierwotnych instynktach. Np. śmierć "jednego z nas", "Polaka", "dobrego człowieka", "patrioty", "pana prezydenta" , "brata", "kochającego dziadka" wpływa na naszą bliższą (czy jakąkolwiek) identyfikację z człowiekiem, który nigdy nam bliski nie był. Nagle chcemy mu stawiać pomniki, pisać wiersze, szykować kryptę na Wawelu, urządzać koncerty żałobne. Nie tylko współczujemy rodzinie, ale nagle "kochamy", "pamiętamy", "czuwamy", "bronimy". Katastrofę, która się już przejadła - odgrzewamy przy każdej możliwej okazji. Napawamy się własną krzywdą. Patrzcie, oto naród uciemiężony! Ten wszechobecny mesjanizm i martyrologia... Wciąż powtarzane zdania w stylu: "Zostaliśmy narodem bezpańskim", "Jeszcze nigdy tak nie było, żebyśmy nie mieli przywódcy", "Zostaliśmy porzuceni", "Jesteśmy rodziną bez ojca". I harcerze, i znicze, i salwy, i defilady, i łzy, i refleksje. A później? 1,2,3... Fight! Szturm na Pałac Prezydencki, samowolka w doborze "miejsca dla krzyża", bunt wobec władzy, bo władza zawsze stoi w opozycji do Kościoła - trzeba ją obalić, "obrońmy krzyża" - nie pozwólmy go przenieść, zabiorą - przynieśmy nowe, zbijmy je ze znalezionych patyczków bądź listewek. Pokażmy swą moc!

Pocieszające jest to, że schemat działania jest identyczny we wszystkich krajach. No dobrze, u nas jeszcze do głosu dochodzi pseudo-katolicyzm i fakt, że mamy (najczęściej emerytowanych) religijnych kiboli. Ale do rzeczy. Wszyscy uwielbiają się jednoczyć i robić coś wspólnie. Czy jest to kolektywne uczestnictwo na zasadzie koczowania w namiotach na ulicach Londynu czy czuwanie w Warszawie, płacz po ofiarach katastrofy Smoleńskiej czy wielka demonstracja radości, bo terrorysta nie żyje. Papież zmarł - płaczmy z żalu, jednoczmy się, wspominajmy; na jego beatyfikacji - płaczmy ze szczęścia, jednoczmy się, wspominajmy. I tak można bez końca. Zbiorowe katharsis jest wpisane w wydarzenie medialne. Na szczęście co raz więcej osób nie daje sobą manipulować.

7 komentarzy:

  1. Uff, jak dobrze, że napisałaś to ostatnie zdanie!
    Głupota narodów nie zna granic, polskiego może szczególnie, wiedzą o tym politycy, albo ci którzy ich prowadzą ku polityce. Szkoda, że ludzie nie uczą się na historii, którą tak lubują się podpierać i ciągle dają się uwodzić wytartym hasłom głoszonym w ustach zwyczajnych dupków.
    bf

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja tylko czekam, az Amerykanom sie czkawka bedzie odbijala ta uliczna manifestacja radosci. Nie jest przypadkiem tak, ze w islamie zemsta ma znaczenie bardzo wazne? Oko za oko? No to poczekajcie. Juz pewnie maja tysiace chetnych arabow, zeby sie wysadzic w powietrze w kilku dobrze położonych miejscach - ku czci allaha. A i tak jak juz sie powysadzaja, to okaze sie, ze jednak bin laden (jak elvis i michael jackson) zyje i ma sie dobrze. Jeszcze bedzie wiele takich jak to okresliles "wydarzen medialnych".

    OdpowiedzUsuń
  3. Zgadzam się. Myślę, że akty zemsty za śmierć Bin Ladena (którą to szef CIA nazwał "historycznym zwycięstwem") są tylko kwestią czasu. Tak racjonalnie myśląc: ginie facet, który jest "wielkim wodzem" świętej wojny, "lwem" Al-Kaidy itd. - można sprawę uciszyć, można (nawet dla dobra państwa) podać fałszywe informacje o tym, kto zginął i wymyślić bajeczkę na temat przeprowadzonego ataku. Talibowie czekaliby na wieści od "szefa, który się gdzieś zaszył", a wszelkie informacje o jego śmierci byłyby jedynie plotkami, które różnie możnaby interpretować.
    Co robią Amerykanie? Wkładają kij w mrowisko. Tak, to MY zabiliśmy. Tak, to JA wydałem rozkaz ataku - mówi Obama. Poparcie mu wzrosło o jakieś 10%. Pytanie tylko, czy nie jest to chwilowy entuzjazm społeczeństwa. Czy radość nie potrwa do "pierwszego ataku odwetowego". Czy nie trzeba było okazać się dobrym strategiem a nie dobrym celebrytą?

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie wiem, czy dobrze zrozumiałam, usłyszałam ( bo wiadomości ostatnio nie oglądam, ze względu na szczególny wysyp bufonów, od którego mam już alergię), że nie pokazano ciała zabitego. To ciekawe, bo egzekucją nad Sadddamem Hussainem szczycono się w sposób szczególny, choć nie przysporzyła ona, moim zdaniem, chwały USA, które chcę się mienić państwem cywilizowanym, będącym wyżej od państw muzułmańskich. Pewnie widziałam za dużo filmów, które pokazywały jak markuje sie pewne wydarzenia medialne w USA (oczywiście filmy były fikcyjne i fabularne).
    bf

    OdpowiedzUsuń
  5. Podobno zdjęcia te są zbyt drastyczne, żeby je pokazać - bin Laden został postrzelony w twarz ...i możnaby przeanalizować materię jego mózgu...

    Te, które obiegły świat są fałszywe - "Mężczyzna wyglądał jak bin Laden, jednak po bliższych oględzinach nietrudno stwierdzić, że fotografia była przerabiana. Nie zgadza się odcień skóry, oczy są za duże w stosunku do reszty twarzy, a usta są za wysoko".

    OdpowiedzUsuń
  6. Jacy oni wrażliwi. Ciekawe, że zbyt drastyczny nie był film, w którym strzelano w głowę SH, również bez wielkiego sądu. Ja nie wierzę żadnym politykom, a najbardziej amerykańskim. Nie wiadomo kogo oni tak naprawdę zabili. Wojna ich już wykańcza finansowo, to było do przewidzenia (polecam moję recenzję filmu "W dolinie Elach" http://baba-o-filmach.blog.pl/archiwum/?rok=2008&miesiac=6). Stwierdzili że nadszedł czas by definitywnie skończyć z Bin Ladenem, także medialnie, wszystko jedno czy on żyje, czy już go dawno ukatrupili.

    OdpowiedzUsuń
  7. Dzięki za linka :) Odnosząc się do Twojej recenzji „W Dolinie Elah”:

    Zupełnie niezrozumiałe są dla mnie pewne wyświechtane „wojenne sformułowania” w stylu: >ktoś jest większym bohaterem, bo zabił „więcej żółtków”<, >ktoś wykazał się odwagą, bo sam jeden zakradł się na tyły wroga i z nożem w ręku zabijał po kolei „nieprzyjacieli”<, >ktoś stracił nogi, ale „heroicznie poświęcił się dla ojczyzny”<, >kilku żołnierzy poświęciło swe życie „w słusznej sprawie” – choć nie zginęli z rąk wroga, a np. zrzucono napalm, kiedy jeszcze nie zdążyli opuścić terenu<.

    Z tego co napisałaś wynika, że ojciec jest takim człowiekiem, który sprawnie potrafi się posługiwać tego typu frazesami: wojna kształtuje człowieka, hartuje, kształtuje charakter mężczyzny. Filmu nie widziałam (i też nie chcę ojca usprawiedliwiać w żadnym wypadku), ale USA mają świetnie zakorzenioną i utrwaloną mitologię (pod którą czai się ideologia) – od dziecka wpaja im się kult flagi, oddawanie jej czci, solidarność (co widać już na poziomie różnego typu przedsięwzięć medialnych – np. „Ekstremalne metamorfozy”, a co dopiero jeśli w grę wchodzi wróg!), jednoczenie się i jednoczesne manifestacje jedności. Stąd ojciec stał się sam ofiarą systemu, którego tak bronił i za który, można powiedzieć, oddał dobrowolnie synów.

    Może jest to błędne skojarzenie (zwłaszcza, że tak jak wspomniałam – nie widziałam filmu), ale sytuacja ojca kojarzy mi się trochę z postacią porucznika Dana z „Forresta Gumpa” – facet, którego przodkowie ginęli w „każdej jednej amerykańskiej wojnie", ma swoje ideały i silne „poczucie obowiązku względem ojczyzny” – dopiero kiedy staje się kaleką zaczyna dostrzegać bezsens wydarzeń, w których uczestniczył. I po co to wszystko? Po co być „idealnym żołnierzem”? Porucznik Dan po wyjściu ze szpitala dla kombatantów i otrzymaniu kolejnego orderu za zasługi siedzi na swej deskorolce i …pije. Do koszuli ma przypięte wszystkie swoje ordery: „Noszę je, bo mi o czymś przypominają. Sam nie bardzo wiem o czym. Oczywiście o wojnie, ale nie tylko. Straciłem coś znacznie cenniejszego niż nogi, Forrest. Straciłem duszę. Czuję wewnątrz pustkę. Mam ordery zamiast duszy.” Przykre, że tego typu refleksje nachodzą człowieka, kiedy jest już za późno.

    Każda wojna generuje niewyobrażalne straty (tak, tak – wiem jedynie z filmów) – zwłaszcza w ludzkiej psychice. Nie ważne ile orderów otrzymamy, ile listów z podziękowaniami od prezydenta, ile „wielkich głów” nam będzie czapkować itd. „Przecież jest wojna”, czyli usprawiedliwienie zniszczenia miasta czy wioski, morderstwa, ludobójstwa.

    OdpowiedzUsuń