wtorek, 10 maja 2011

DZIECIŃSTWO WYREŻYSEROWANE

kadr z filmu Ricky F. Ozona (źródło)

Uwielbiam magię kina. Uwielbiam wchodzić w prezentowane typy postaci, utożsamiać się z nimi - z nimi przeżywać, odczuwać - martwić się i się entuzjazmować, kochać i nienawidzić, cieszyć się i płakać.


Podobno to życie pisze najlepsze scenariusze, a co jeśli sami chcemy być jego scenarzystami? Ba, nie tyle własnego życia (bo to można by było podciągnąć pod "bycie kowalem własnego losu"), co swoich dzieci? Chcemy mieć wszystko pod kontrolą, rozpisane - teraz wypowiesz taką kwestę, teraz masz zrobić to, bo później masz inne zadania do wykonania. Stwarzanie świata bez spontaniczności, bez zabawy - bo zabawa, która wynika jedynie z chęci rozrywki jest nie do przyjęcia. 

Obejrzałam dokument o dzieciach, które są otoczone przesadną troską o ich przyszłość, o nadopiekuńczych rodzicach, którzy, mam wrażenie, zbyt dużo naoglądali się "997", przenieśli wiedzę z porannych telewizyjnych wiadomości i gazet na grunt własnej rodziny. Wszędzie pijani kierowcy, porywacze, pedofile i inni zboczeńcy. Dziecko ma siedzieć w domu, bo w domu jest najbezpieczniej. Nie może bawić się na podwórku, bo tam "czai się zło". Jeśli chce się bawić - dobrze - zapiszemy je do "małej ligi" i będzie grało w piłkę nożną, koszykówkę i hokej. Jeśli rodzic zaobserwuje, że jego pociecha podryguje w takt muzyki - zapiszmy na kółko taneczne. Ubrało kapelusz mamy? Świetnie! Do tego kółko teatralne. 

Ciekawa recenzja (tutaj) m.in. a propos pasji odkrytej przez bohaterkę Puzzli skłoniła mnie do głębszej refleksji nad tym tematem. Nie chodzi mi jednak o pasję "kury domowej" - kobiety dojrzałej, która ma mnóstwo obowiązków na głowie i się w tym "gospodarowaniu" zatraca do reszty, a o dzieci. Teoretycznie niczym nie skrępowane dzieci, których zainteresowania dopiero się kształtują, które dojrzewają do pewnych wniosków - odpowiadają sobie na pytania: co lubię robić?, co sprawia mi przyjemność? I tak natrafiłam na dokument Wyreżyserowane dzieciństwo. Wynika z niego, że już niedługo (na gruncie amerykańskim przede wszystkim) będzie więcej takich osób, które z powodzeniem wejdą w przypisane im role społeczne mając mnóstwo "teoretycznych zainteresowań"... i żadnej prawdziwej pasji. Ukształtuje się społeczeństwo musilowskich "ludzi bez właściwości". Czy jest to normalne, że za sprawą GPS-ów rodzice monitorują lokalizację swojej pociechy? Czy jest w autobusie, czy jeszcze w szkole? 

Tworzą coś na kształt współczesnej wersji foucaultowskiego Panoptikonu -  bo inwigilacja powinna zacząć się od dzieciństwa! Skoro w szkole są zamontowane kamery, by każdy rodzic mógł on-line obserwować jak zachowuje się jego dziecko, skoro wie na bieżąco gdzie jest i z kim przebywa, takie prozaiczne pytanie -jak było w szkole?- po powrocie malca (o, przepraszam - po przywiezieniu go) do domu przestaje mieć jakikolwiek sens. Nic dziwnego, że dzieci (w wieku 9lat!) mają zajęcia terapeutyczne, by się odstresować. Nie mają kolegów, z którymi mogliby odkrywać świat, bo to dorośli im "ten świat" podają na tacy. I tym samym dokonują mordu na ich spontaniczności, chęci poznawania, uczenia się. 

Na miejscu tych dzieci marzyłabym o skrzydłach...

kadr z filmu Ricky F. Ozona (źródło)

5 komentarzy:

  1. I ja kocham kino, za to, że daje mi, dzięki doskonałym twórcom, możliwość empatycznego wcielania się w przeróżne postaci i odczuwać ich przeżyć. I masz rację, nikt nie jest w stanie wymyślić lepszego scenariusza od życia, które przefiltrowują przez swoją wyobraźnię i swoje doświadczenia oraz emocje reżyserzy, scenarzyści, aktorzy... Miejmy nadzieję, że sposób wychowania, jaki pokazuje film "Wyreżyserowane życie" nie rozpowszechni się, że nie wszyscy rodzice zgłupieją i nie podporządkują go swoim lękom. Na szczęście więcej jest ludzi biedniedjszych niż bogatych, więc może się uda, bo jeśli nie, to kto w przyszłości będzie robił filmy? Bo jakąż znajomość życia, znajomość ludzi, będą miały te kalekie dzieci, którym rodzice obcięli za najwcześniejszego "młodu" skrzydła?

    OdpowiedzUsuń
  2. Acha, widziałaś wspomniany film Ozona "Ricky"? Bo ja lubię na ogół Ozona, ale ten tytuł jakoś narazie omijałam z daleka.
    bf

    OdpowiedzUsuń
  3. Porównując z innymi dziełami Ozona - "Ricky" jest straszliwie infantylny... Bardzo podobały mi się te filmy z udziałem Charlotte Rampling - "Basen", "Pod piaskiem". Oprócz tego "5x2", "Czas, który pozostał", "Krople wody na rozpalonych kamieniach". Nawet te najwcześniejsze próby Ozona ("Portret rodzinny", "Mała śmierć", "Letnia sukienka" i "Sceny łóżkowe") pochłonęłam. W "Sitcomie" musiałam rozprawić się z inną poetyką, ale w końcu i gigantycznego szczura przytuliłam do serca :) Nie podobało mi się "8 kobiet", ale ten film był z góry u mnie przegrany, bo nie cierpię konwencji musicalowych... Niemniej jednak na tle tego, co widziałam "Ricky" wypada słabo. Chyba z założenia miał to być film kasowy i ta komercja mu zaszkodziła. Poza tym - było coś niepokojącego w tych skrzydełkach... Jak zaczęły wyrastać dziecku... - no nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że są to skrzydełka kurczaka! Jeśli lubisz Ozona, to unikaj "Rickiego" jak długo możesz :) Chooociaż - jedna jaskółka wiosny nie czyni - zobaczyłam i moje zdanie o reżyserze się nie zmieniło :)

    OdpowiedzUsuń
  4. No to jednak intuicja mi dobrze podpowiadała, żeby po Ricky'ego jednak nie sięgać. Daruję go sobie. A ja polecę ci trochę mniej znany film Ozona "Spójrz na morze" (Regarde le mer). Krótki, zapowiedziany był w prasie jako horror. lecz była to informacja myląca. Bardzo klimatyczna opowieść o kobietach. Niesamowicie nasycony film, głównie napięciem erotycznym, któremu sprzyja gorąca, leniwa pora letniej kanikuły - czas akcji. Poza tym intensywne wysycenie kolorów - świetne, malarskie niemal ujęcia plaży i morza w przeróżnych odcieniach dwóch barw: żółci i błękitu. No i ten nieustanny niepokój oraz oczekiwanie na "coś", co musi się w końcu wydarzyć. Z grubsza, chodzi o to, że zacisznym miejscu nad morzem spotykaja się dwie mlode kobiety. Jedna tu mieszka, jest na wakacjach, w eleganckim, przestronnym letnim domu. Druga tu przybywa, jako znużona marszem wędrowniczka. Kobiety różnią się od siebie całkowicie. Wyglądem, stylem życia jaki prowadzą, statusem społecznym, usposobieniem. Ich relacje, tak bardzo oszczędne w słowach, gestach, są nadzwyczaj intrygujące. Czujemy, że coś je łączy, a raczej ku sobie popycha. Polecam. :)
    A w kinach niedawno przemknęło kolejne dziełko Ozona "Żona doskonała", nie odważyłam sie jednak na seans. A widziałaś "Angel"? Już kilka razy miętoliłam w rekach wydanie na dvd, ale tak jakoś ... nie bardzo, nie bardzo byłam chętna. Słusznie? Jak uważasz?

    OdpowiedzUsuń
  5. Muszę w takim razie koniecznie zobaczyć "Spójrz na morze". Lubię takie klimaty :)

    "Angel" widziałam - z Ozonem (takim, jakiego znamy) ma tyle wspólnego, że jego nazwisko występuje na liście płac. Nie ma nic z jego poetyki, z jego języka - zarówno filmowego jak i tego werbalnego. Taki hollywoodzki siermiężny melodramat. Porażka - bardzo nieudany eksperyment.

    OdpowiedzUsuń