niedziela, 17 kwietnia 2011

Wujek Boonmee, który potrafi przywołać swoje poprzednie wcielenia


Będąc na tzw. "fali filmowego przemijania" (choć w zasadzie zaczęło się to od ogromnego wrażenia, jakie wywarł na mnie Hanami - Kwiat wiśni) trafiłam na najnowszy film Apichatponga Weerasethakula - Wujek Boonmee, który potrafi przywołać swoje poprzednie wcielenia.



Swoim zwyczajem przeczytałam "opis dystrybutora":


Cierpiąc na ostrą niewydolność nerek, wuj Boonmee postanawia spędzić swe ostatnie dni w otoczeniu bliskich na wsi. Niespodziewanie zaczyna się o niego troszczyć duch zmarłej żony, a dawno zaginiony syn wraca do domu w nieludzkiej formie. Starając się odkryć przyczyny swej choroby, Boonmee wędruje wraz z rodziną do tajemniczej jaskini - jaskini, gdzie zaczęło się jego pierwsze życie.


Nie wydało mi się to oryginalnym scenariuszem, bo duchy od dawien dawna goszczą na ekranach kin i - wciąż strasząc - mają się dobrze. Na szczęście to przeświadczenie nie odwiodło mnie od obejrzenia filmu. Nagrodzony (przez Tima Burtona) Złotą Palmą w Cannes, jest piękną opowieścią o obecności duchów w naszym świecie, o życiowym kole, jakie każdy człowiek zatacza, o postaciach i formach, w które nasza dusza jest w stanie się przeistoczyć, o ciele, o które powinniśmy dbać (jest przecież "mieszkaniem duszy"). Ważne jest to, że między światem ludzkim a tym niematerialnym istnieje idealna symbioza. Równowaga między tymi dwoma rzeczywistościami jest pokazana za sprawą duchów, które ukazują się ludziom. Co zaskakujące, nikogo z żyjących te objawienia  nie dziwią. Postacie z przeszłości przychodzą, bo (jak jedna z nich wyjaśnia) nie są przywiązane do miejsc, a do ludzi.*** Przychodzą, by pomagać, lub by wyjaśnić pewne dręczące ludzi zagadki przeszłości. 


Z każdego wręcz kadru bije "nastrój niesamowitości", który - w niektórych ujęciach - potęgowany jest przez specyficznie oświetlony las, widok wodospadu, niczym odrealnionej fontanny w środku dżungli. Cudowny jest klimat tego filmu - za sprawą Małpiego Ducha czy Ducha Wody przenosimy się w baśniową krainę. Mam wrażenie, że w pewnych momentach Weerasethakul "puszcza oczko" w stronę widza - buddyjski mnich, śpiąc w klasztornej celi na podłodze, mając coś twardego za poduszkę, sprawdza godzinę na telefonie komórkowym; księżniczka oddaje się dziwacznej kopulacji z sumem o męskim głosie; ciotka Jen - zapytana o to, czy odwiedza ją ojciec - mówi, że nie, bo "jak umarł, to na dobre"; mnich, który przychodzi do ciotki, by się wykąpać - zrzuca pomarańczową togę i przeistacza się w "zwykłego chłopca"; wujek, który tłumaczy stan swojego zdrowia złą karmą, która jest wynikiem tego, że w przeszłości zabił wielu komunistów i owadów; ... Te i jeszcze wiele innych smaczków sprawiają, że dostrzegamy pewien mistyczny irracjonalizm, który kupujemy w ciemno.  


Wujek Boonmee, który potrafi przywołać swoje poprzednie wcielenia jest świętem dla oka, które może kontemplować zachwycające widoki i z zaciekawieniem spozierać na historie postaci (tych żywych i niematerialnych). Jeśli tylko zaakceptujemy poetykę Joego, a trzeba przyznać, że początkowo miałam z tym problemy, to zakochamy się w jego "kontemplacyjności".




Więcej na ten temat.

*** ...to świadczyłoby o ich "kociej naturze" :-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz