czwartek, 28 kwietnia 2011

Ślub Kate Middleton i księcia Williama - medialną zadymę wokół "wydarzenia roku" czas zacząć!




Która dziewczynka nie chciała wyjść za mąż za księcia z bajki? No, dobrze - jeśli nie za tego na białym koniu, to chociaż za tego "zwykłego"?  Która z nas w dzieciństwie nie marzyła o przygodzie rodem z Kopciuszka? Która się w księżniczkę nie wcielała na przedszkolnym balu przebierańców? Która nie przymierzała maminych butów na obcasie, by "dostojnie" przemieszczać się między swoim pokojem a kuchnią?





Media kształtują nam wizerunek pary, której miłość jest tożsama z tym bajkowym uczuciem wyjątkowości. Początkowo, wręcz cudowne, zauroczenie porównywane z "rażeniem pioruna" - para poznała się w szkole: podobno, książę "z wrażenia wylał na siebie napój" (jak to brzmi!), gdy Kate podeszła do niego, by się przedstawić - z czasem zaowocowało wspólnymi planami na przyszłość. Wierzymy w szczerość uczuć i intencji, bo Kate jest "jedną z nas" (nie ma arystokratycznych korzeni, więc może pełnić funkcję współczesnej wersji Kopciuszka) - nie jest to zatem małżeństwo aranżowane czy, mówiąc inaczej - małżeństwo z rozsądku. Chcemy wierzyć, że marzenia się spełniają, a bajkowe sytuacje przenikają się z szarą rzeczywistością. 

replika pierścionka i laleczka voodoo
16 listopada 2010 odbyły się zaręczyny - William podarował Kate  pierścionek zaręczynowy swojej tragicznie zmarłej matki – księżnej Diany. Od tego czasu media nie dają parze spokoju, a wszelkie nowe informacje dotyczące ślubu są natychmiast roztrząsane i interpretowane przez socjologów i medioznawców na niezliczoną ilość sposobów. Zainteresowanie ślubem jest do tego stopnia duże, że - jak wyliczyła firma Greenlight - w mediach informacje o nim pojawiają się co 9 sekund!!!


"Handlarze" wyczuli potrzebę "społecznego uczestnictwa" w tym wydarzeniu i dzięki nim każda z nas może się m.in. zaopatrzyć w podróbkę pierścionka zaręczynowego Lady Di za 78 dolarów, szalik, który otrzymają goście weselni jako pamiątkę z uroczystości, możemy kupić sobie laleczkę ubraną tak samo jak narzeczona księcia w dniu zaręczyn. Na ulicznych straganach dostępne są kubki, pocztówki i okolicznościowe znaczki pocztowe, poduszki, koszulki, bielizna, porcelana, a nawet okolicznościowa herbata. Można zakupić własną koronę, która ostatnio święci triumfy jako "modne nakrycie głowy".

okolicznościowa herbata - utop parę młodą w filiżance
Piękny zamek (pałac Buckingham), kareta zaprzężona w niezliczoną ilość koni (a, więc jednak jakiś koń się dla księcia znajdzie...), Opactwo Westminsterskie, wspaniała ceremonia, królewska uczta, dostojni goście w liczbie 1,9 tys. - m.in. szlachta brytyjska, władcy innych krajów, politycy, wspólni znajomi pary młodej, gwizdy estrady i celebryci (na niespełna tydzień przed ceremonią, swoją obecność potwierdzili m.in. David i Victoria Beckham, piosenkarz Elton John, aktor Rowan Atkinson i były mąż Madonny, reżyser Guy Ritchie), młoda, zdrowa, śliczna Panna Młoda (archetyp Kopciuszka), Książę (socjologowie twierdzą, że dla dużej części społeczeństwa Wilhelm Artur Filip Ludwik Mountbatten-Windsor, zwany Wiliamem księciem Walii jest uosobieniem "księcia z bajki"), śliczna suknia ślubna (lub nawet dwie...), bogactwo i przepych, tłumy podwładnych na ulicach Londynu i gapie przed telewizorami. To ma być uroczystość jakiej świat nie widział –  spekuluje się, że ślub obejrzy nawet dwa miliardy osób za sprawą TV (na ślub akredytowanych jest 8 tys. dziennikarzy), transmisji live w kanale królewskim na Youtube, stałej aktualizacji na Facebooku, transmisji na żywo na specjalnym serwisie internetowym www.officialroyalwedding2011.org, za sprawą bloga i relacji na Twitterze. Melduję posłusznie, internet opanowany w 100%!

produkcja okolicznościowych talerzy

Oprócz tego jest to wydarzenie, które jest wyjątkowe pod innym względem - generuje gigantyczne koszty. Samo utrzymanie bezpieczeństwa na uroczystości  to 33 miliony dolarów. Na ulicę wyjdzie 5 tysięcy policjantów, będą pilnować bezpieczeństwa z ziemi i z powietrza (skąd lepiej widać dach i ewentualnych snajperów). 

iście królewska lodówka




Nie jestem pewna, czy nazywanie królewskiego ślubu "wydarzeniem roku" nie jest nieco przesadzone (...zwłaszcza, że mamy dopiero kwiecień). Dla Brytyjczyków - może. Dla nas jest tylko dodatkową rozrywką, medialnym patrzydłem, z którego (po 4-godzinnej transmisji) wrócimy do naszego - nieco mniej królewskiego życia.







8 komentarzy:

  1. Ja, ja nie chciałam wyjść za księcia. Zawsze marzyłam o dzielnych kowbojach, a jeszcze bardziej o wodzu jakiegoś plemienia indiańskiego. Być może dlatego kompletnie olałam (jak książę swoje ubranie w momencie poznania Kasi) to wydarzenie, nawet relacji w wiadomosciach nie oglądąłam. Podobnie zresztą, jak transmisję z beatyfikacji. Nie lubię poddawać się manipulacjom, nie interesują mnie zbiegowiska tłumu, zawsze kojarzą mi się one ze stadami baranów, co w przypadku wydarzenia w Rzymie, ma nawet uzsadnienie, jako, że ojciec św nazywany był także pasterzem. :)
    Cóż mogę jeszcze dodać, żal mi tej kobiety, jej życie nie będzie takie słodkie, lepiej by jej było chyba na prerii albo w wigwamie. Nie rozumiem ludzi, którzy tak bałwochwalczo czczą papieża /który wspaniale i w dostatku, wykonywywał powierzoną mu misję/, nie biorac sobie do serca jego nauk.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Wodzowie indiańscy też mnie w swoim czasie pociągali... Później chciałam mieć męża policjanta... :-)

    Najprzyjemniejszym wspomnieniem z dzieciństwa jest jednak marzenie o księciu, którego wypatrywałam stojąc przy furtce w ślubnych butach mamy, z kotem - Rademenesem w wózku (cóż, będzie mnie musiał pokochać razem z dzieckiem), parasolką w dłoni i fartuszkiem zarzuconym na plecy, udającym królewski płaszcz... Godzinami sterczałam przy furtce (lub na balkonie) i mówiłam przechodniom "dzień dobry", bo a nuż znają jakiegoś księcia i będą mogli mnie - przy okazji jakiegoś balu - przedstawić...

    Mnie szalenie interesują tego typu medialne wydarzenia (i pompa im towarzysząca). Patrzę na zadymę wokół nich zrobioną i analizuję (a przynajmniej się staram) z nieprzystającym do mojego wieku pytaniem: czego to ludzie nie wymyślą? Mimo że zdaję sobie sprawę z propagandy, jaka im towarzyszy i dźwięcznie w uszach brzmiącej ideologii dominującej - zastanawiam się, czy koś z tłumu będzie miał na tyle odwagi, by krzyknąć, że król jest nagi? (Hmmm... może w przypadku książęcego ślubu nie jest to zbyt dobre sformułowanie :))

    Z taką samą pasją (choć to może nie jest najfortunniejsze określenie) oglądałam relacje z "katastrofy smoleńskiej", późniejszych pięknych "pogrzebów medialnych", ślubu (czyt. "wydarzenia roku") czy beatyfikacji. Jeszcze gdzieś w tzw. międzyczasie należałoby wspomnieć o protestujących "ludziach spod krzyża". Bóg, Honor, Ojczyzna - aż chce się krzyknąć!

    OdpowiedzUsuń
  3. Cóż za piękna opowieść o dziewczynce wyczekującej księcia :) Aż się prosi, by wykorzystać ją w jakimś filmie. Widzę ją oczyma wyobraźni - cudnie to wygląda. ;)
    Rozumiem twoją pasję oglądania zgromadzeń, ja jednak patrzę na nie zawsze z bojaźnią, bo wiadomo jak cienka jest granica między euforią a nienawiścią i zawsze sie boję, że zamiast okrzyków typu "król jest nagi" polecą jakieś granaty, albo ludzie zaczną okładać się nawzajem, bo ktoś komuś nadepnął na kostkę.
    Niestety, nigdy nie mam dobrych skojarzeń wielkimi tłumami, zawsze kojarzą mi sie one ze stadem ogłupionych zwierząt.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ach, widzę, żem nie jedyna, która zupełnie nie zainteresowana ślubem następcy tronu, czy beatyfikcją, jako wydarzeniem medialnym. Ja nie oglądam telewizji od niemal roku, tj. od czasu, kiedy zakupiłam ogromny telewizor. Paradoks? Może trochę. Telewizor kupiłam, aby oglądać swoje ukochane filmy na płytach, a na TV szkoda mi czasu, co absolutnie nie jest przyganą dla osób, które telewizji poświęcają go całkiem sporo. Każdemu to, co lubi, każdy traci (spędza) czas, jak lubi. Tak więc poza minutową migawką w telewizorni, kiedy szukałam czegoś nadającego się na podkład do prasowania (kiedy mi się znudzą moje filmy)w CNN i looknięciem na sukienkę panny młodej nie zauważyłam wydarzenia. Ale tak serio, może jako dziewczynka i marzyłam o księciu- moja pamięć tak daleko nie sięga, choć wydaje mi się, że raczej marzyłam o uczuciu, niz o konkretnym fachu przyszłego tudzież jego wyglądzie, ale teraz bardzo współczuję obojgu. Ślub to jedno z bardziej strsujących wydarzeń w życiu każdej młodej pary, a taka szopka to dopiero zapowiedź koszmaru, jaki ich czeka. Po prostu przechlapane urodzić się w rodzinie królewkiej. Co do wydarzeń medialnych tych nie lubiłam i nie lubię, choć muszę przyznać, że jedno mnie do telewizora przyciągało- WOŚP, jeszcze do 2010 roku oglądałam cały dzień ekscytując się rosnącą ilością zebranej mamany. Ostatnio mi przeszło. Piozdrawiam.
    Ps. Bardzo, bardzo ciekawie piszesz recenzje filmowe.

    OdpowiedzUsuń
  5. Od 6 lat (czyli odkąd przeniosłam się do Krakowa) również zrezygnowałam z telewizji – te programy, które mnie interesują są dostępne w internecie, więc nie jest to jakieś duże wyrzeczenie :) Można powiedzieć, że TV oglądam raz w tygodniu, kiedy zaglądam do rodziców lub przy okazji świąt różnego typu. U mnie jest to o tyle paradoksem, że skończyłam specjalizację medioznawczą :)

    Odnosząc się do tego, co napisałaś: to zrozumiałe - włączając jedynie tv na chwil kilka można takiego wydarzenia nie zakwalifikować do "wielkiego" czy "wiekopomnego". To media, częstotliwością pojawiających się w nich (w telewizji, rozgłośniach radiowych, internecie, prasie) informacji, tworzą odpowiednią aurę, byśmy mogli zacząć odbierać takie wydarzenie jako "media event" właśnie.

    Daniel Dayan i Elihu Katz, którzy w 1992 roku stworzyli to pojęcie, wskazywali na poczucie wyjątkowości społeczeństwa, które takiego niecodziennego wydarzenia doświadcza. Takie społeczeństwo uważa się za oryginalne o tyle, o ile media wskażą na epokowy charakter wydarzenia. Jak to się robi? Przede wszystkim relacje „na żywo” w telewizji (w tym np. „specjalne wydania” wiadomości), radiu i blogach czy portalach społecznościowych. Gazety różnego kalibru – od „Dziennika” po „Fakt” poświęcają pierwsze strony (lub nawet całe numery) na opis takiego wydarzenia. Na kilka dni przed beatyfikacją w księgarniach zaroiło się od przeróżnych albumowych wydań książek i kalendarzy z papieżem w roli głównej. Po Smoleńsku pojawiły się filmy dokumentalne, relacje i książki opisujące tragedię. (O ślubie było mniej słychać u nas, bo jednak nie było to wydarzenie, które bezpośrednio wpłynęło na Polaków – natomiast o tym, co się dzieje na gruncie angielskim świadczą chociażby zdjęcia powyżej.) Za amerykańsko-izraelskimi socjologami mediów mogę stwierdzić, że wszelkiego typu wydarzenia medialne wyrażają zarówno wspólnotowe i ogólnonarodowe wartości jak i wartości każdego narodu z osobna (o tym świadczy zróżnicowanie na flagi i hymny). Indywidualna tożsamość łączy się z tożsamością zbiorową, przez co zachowana zostaje ciągłość kultury narodowej. Zakładając, że naród jest „wspólnotą wyobrażoną” – media, dzięki swej specyfice, sprawiają, że reprodukujemy pewne „wspólnotowe zachowania” i, co ważniejsze, za sprawą przekaźników możemy się tym zachowaniom przyjrzeć. Dlatego nie uważam, że czas spędzony na oglądaniu medialnych wydarzeń jest czasem straconym :) Czasami lubię zabawić się w antropologa i "małego analityka", który skupia się na "wspólnocie wyobrażonej" :)

    Dzięki za komentarz,
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  6. A ja dziękuję za profesjonalne naświetlenie zjawiska media event. I dziękuję za wizytę u mnie. Pozdrawiam i do kolejnej wizyty

    OdpowiedzUsuń
  7. Czyli że wydarzenie medialne nie jest tylko w telewizji czy czegoś nie doczytałam? Że jak jest wiele tytułów w księgarni na jakichś temat, to że już wydarzenie medialne? Bez sensu!

    OdpowiedzUsuń
  8. Dobrze doczytałaś - "media" to nie tylko telewizja :)

    Jedna jaskółka wiosny nie czyni, więc... jeśli w księgarniach zobaczysz wysyp książeczek dla dzieci - nie sugeruj się zbytnio i nie rozmyślaj która gwiazda będzie "rodziła na żywo"... Tak. Byłoby to bez sensu...

    OdpowiedzUsuń