środa, 13 kwietnia 2011

MŁYN I KRZYŻ, czyli procesja na Kalwarię XXI wieku

© JMB - Fotolia.com



Peter Bruegel Starszy, niczym Wielki  Architekt Williama Blake'a, wprowadza nas w tajniki swojej pracy, stwarzając tym samym rzeczywistość wokół siebie na modłę obrazu. Zapoznaje nas z wybranymi z tłumu osobami - okazuje się, że każda postać ma jakieś znaczenie i w myśl zasady mówiącej o „nieprzypadkowości”[1] - każdy bohater (nie ważne któroplanowy) pełni  jakąś funkcję, czemuś służy, jego pojawienie się nie jest incydentalne.

kadr z filmu
„Młyn i krzyż” został zaplanowany jako spoiwo łączące pasję Chrystusa z cierpieniem reprezentantów Flandrii, która w tym czasie ciemiężona była na gruncie polityczno-religijnym przez Hiszpanów. Oprawcy są doskonale widoczni za sprawą czerwonych uniformów – to oni inicjują akcję, dzięki nim mamy świadomość rzeczywistości XVI-wiecznych Niderlandów, rzeczywistości m.in. prześladowań heretyków, których innowierstwo oceniane jest „na oko”. Rutger Hauer, wcielający się w postać Szekspira Flandrii, prezentując szkice towarzyszące powstawaniu dzieła, wyjaśnia kto jest kim i motywuje umiejscowienie grup postaci w obrazie. Pomimo tego, że wraz bankierem i kolekcjonerem obrazów (w tej roli Michel York) wchodzi w malarską rzeczywistość swego dzieła – nie ingeruje w fabułę (co najwyżej nanosi pewne drobne poprawki, ustawia aktorów, zmienia ułożenie szaty,  niczym fotograf i stylista w jednym) – nawet jeśli miałoby to powstrzymać człowieka (Judasza) przed samobójstwem, obronić katowanego (Jezusa), wstawić się za żywcem grzebaną kobietą. To tak, jakbyśmy cofnęli się w czasie i, jako duchy, obserwowali świat. Jesteśmy naocznymi świadkami wydarzeń, poznajemy przyczynę zajścia, bohaterów biorących w nim udział, ale jesteśmy bezradni. Ponieważ jesteśmy niewidzialnymi postaciami z przyszłości – nikt nas nie dostrzega; ponieważ jesteśmy istotami niematerialnymi – nic fizycznie nie jesteśmy w stanie zrobić. Jesteśmy i pozostaniemy biernymi obserwatorami tragicznych wydarzeń.

Początkowo prezentowane nam są sielankowe sceny – nastaje dzień, ludzie budzą się w chatach, wstają ze swoich zgrabnie umoszczonych legowisk, spożywają posiłek, ubierają się i udają do pracy. Specyficznie przedstawiona jest rodzina i dom młynarza – mężczyzna budzi żonę i śpiących w tej samej izbie współpracowników. 


Wszystko odegrane jest w milczeniu, każdy zna swoją funkcję – młynarz sprawdza mąkę, z której powstanie chleb, kobieta krząta się po pomieszczeniu, wykonując swoje domowe zadnia, chłopiec – czule obudzony kopniakiem – wychodzi po stromych, wręcz ciągnących się w nieskończoność schodach, by na ich szczycie rozpiąć na skrzydłach wiatraka płótno i wprawić w ruch młyn. Takie przedstawienie schodów kojarzy się z drabiną Jakuba[2] (i jej późniejszej malarskiej reprezentacji, np. za sprawą Williama Blake’a). Idąc tym tropem – schody stają się łącznikiem dwóch światów, stanowią pomost między ziemią a niebem. Kolejny trop tkwi w zdaniach, które Jakub wypowiada:  Jeżeli Pan Bóg będzie ze mną, strzegąc mnie w drodze, w którą wyruszyłem, jeżeli da mi chleb do jedzenia i ubranie do okrycia się i jeżeli wrócę szczęśliwie do domu ojca mojego, Pan będzie moim Bogiem. Ten zaś kamień, który postawiłem jako stelę, będzie domem Boga. 


Czy to możliwe, by podstarzały mężczyzna, doglądający wewnętrznych mechanizmów, związanych z wypiekiem chleba był biblijnym Jakubem, a jego młyn domem Boga? Sam Bruegel bezpośrednio porównuje go do Boga, który wszystko z góry obserwuje i zaopatruje swe owieczki w pokarm. O tym, jak ważny jest to prowiant, świadczy zachowanie ludności – każdy odnosi się do chleba z szacunkiem: w ramach przedjedzeniowej modlitwy dotykają bochenkiem swych czół, jedna z kobiet wkłada go sobie pod bluzkę i przez chwilę niesie, niczym jeszcze nie narodzone dziecko. Szacunek do chleba jest równoznaczny z szacunkiem do ludzkiej pracy. Jakub zobaczył bramę niebios, a ta – wg wierzeń semickich - jest połączeniem między kosmicznymi sferami i wyznacza środek świata.  Niezależnie w kogo wciela się zarządca młyna - czy funkcjonuje jako reinterpretacja motywu Deesis i zastępuje Jana Chrzciciela, czy jest trzecim (oprócz Jana i Marii) pośrednikiem, czy też jest Pankratorem – władcą i sędzią wszechświata – młyn jest symbolicznym miejscem świętym, idealną harmonią. Króluje nad miastem, „spogląda” na nie ze skały, która swym majestatem przypomina mitologiczną górę Olimp. Wracając jeszcze do wspomnianej harmonii – na górze panuje skupienie i koncentracja na zadaniu a cisza może zostać jedynie zmącona mechanizmami, które poruszają gigantyczną drewnianą konstrukcję za sprawą zębatek i kół. Czas płynie niespiesznie, lecz pracowicie. Głos ludzki zmąciłby harmonię i doprowadził idealną równowagę do zachwiania – stąd pracownicy milczą. Pierwsze kadry dotyczące wnętrza młyna i pierwsze dźwięki z nimi związane przywiodły na myśl „Ucieczkę skazańca”  Roberta Bressona. I w tym fragmencie i we wspomnianym filmie, choć motywacja jest bezsprzecznie odmienna, bohaterowie żyją w świecie dźwięków, odgłosów, stukotów. Najdobitniej jest to pokazane, gdy chłopiec wychodzi (w wielkich i ciężkich drewnianych chodakach) po pnących się w górę schodach – do stukotu dochodzi echo i mamy wrażenie bytowania w przestrzeni gigantycznej studni. Praca wiatraka na szczycie pełni również rolę pilota do telewizora z „Funny Games” Michaela Haneke – dzięki niemu możemy włączyć „pauzę”. Zatrzymanie wiatraka jest sprzężone z zatrzymaniem czasu (jedynie dzieci i zwierzęta pozostają z tego „obowiązku” zwolnione). Ludzkość uzależniona jest od cyklu wyznaczanego przez młyn, a ten od kaprysów pogody. Życie w zgodzie z naturą staje się zatem synonimem życia harmonijnego, spokojnego i uporządkowanego. 


A co jeśli w utopię wkracza element obcy? Uzbrojeni jeźdźcy, z którymi nie sposób walczyć? Jak się zachować? Tłum pozostaje bierny. Reaguje dopiero po zażegnaniu niebezpieczeństwa. Chowa ofiary, opłakuje je – ale nie robi nic, by przeciwdziałać. Godzi się na swój los i z pokorą obserwuje nieszczęście innych. Czy nie tak samo było z Chrystusem? Czy nie pochodził z takiego właśnie tłumu? Jak wspomina jego matka (w roli Marii Charlotte Rampling) – ci sami ludzie, którzy wcześniej słuchali jego opowieści, którzy wiwatowali na jego widok - później krzyczeli, żądając jego głowy. Niepojęta jest ludzka natura.


Lech Majewski posłużył się iście brueglowskim zabiegiem – odciągnął naszą uwagę od drogi krzyżowej na rzecz elementów (czyt. wydarzeń) innych, teoretycznie mniej znaczących. W obrazie wszyscy patrzą na Szymona, który zostaje zmuszony do pomocy w niesieniu krzyża i odciągnięty od Estery (?). Pasja znajduje się w centrum - jest w samym środku naszkicowanej przez artystę-filozofa pajęczyny, jednak jej nie zauważamy. Zostaje przed nami ukryta. Szybciej dostrzegamy płaczące niewiasty na pierwszym planie, drzewo śmierci z prawej strony (które w filmie zostaje postawione przez Hiszpanów, by zgotować jednemu z chłopów męczeńską śmierć), odwróconego do nas tyłem grajka (obwoźnego sprzedawcę), jakąś szarpaninę z lewej, czy królujący nad miastem młyn – niż wydarzenie w samym centrum. 

Pasja zostaje strącona na plan dalszy. W filmie jest podobnie – podróż na Kalwarię nie jest dominantą, a jedynie jedną z kilku opowiadanych historii. Tym samym zostaje z nimi zrównana. Inne wydarzenia nie są mniej ważne czy warte mniejszej uwagi. Upadek pod krzyżem jest takim samym wydarzeniem jak śmierć żywcem pogrzebanej kobiety i chłopa na kole przymocowanym do wysokiego pala, jak zabawa dzieci, rubaszne igraszki pary wieśniaków z mocno erotycznym podtekstem, proces twórczy artysty, szorowanie podłogi, praca w młynie itd. Zestawienie ofiary Chrystusa z cierpieniem ludu Flandrii zdaje się być (dzięki takiemu zabiegowi) całkowicie uprawnione i naturalne.

Ostatni akcent jest równie ważny – zdaje się, jakby skalny grób Chrystusa miał swe miejsce w „młyńskiej górze” – idąc tym tropem: skała przypominająca górę Olimp jest rzeczywiście „domem bożym” lub „bramą niebios”, która dzięki swym pośredniczącym właściwościom daje możliwość zmartwychwstania. 

[1] Później zasadę szybko przeniesiono na grunt filmowy – nic, co pojawia się w filmie nie jest bez znaczenia.  
[2] Księga Rodzaju 28, 10: 
Kiedy Jakub wyszedłszy z Beer-Szeby wędrował do Charanu, trafił na jakieś miejsce i tam się zatrzymał na nocleg, gdy słońce już zaszło. Wziął więc z tego miejsca kamień i podłożył go sobie pod głowę, układając się do snu na tym właśnie miejscu. We śnie ujrzał drabinę opartą na ziemi, sięgającą swym wierzchołkiem nieba, oraz aniołów Bożych, którzy wchodzili w górę i schodzili na dół. A oto Pan stał na jej szczycie i mówił: «Ja jestem Pan, Bóg Abrahama i Bóg Izaaka. Ziemię, na której leżysz, oddaję tobie i twemu potomstwu. A potomstwo twe będzie tak liczne jak proch ziemi, ty zaś rozprzestrzenisz się na zachód i na wschód, na północ i na południe; wszystkie plemiona ziemi otrzymają błogosławieństwo przez ciebie i przez twych potomków. Ja jestem z tobą i będę cię strzegł, gdziekolwiek się udasz; a potem sprowadzę cię do tego kraju. Bo nie opuszczę cię, dopóki nie spełnię tego, co ci obiecuję». A gdy Jakub zbudził się ze snu, pomyślał: «Prawdziwie Pan jest na tym miejscu, a ja nie wiedziałem». I zdjęty trwogą rzekł: «O, jakże miejsce to przejmuje grozą! Prawdziwie jest to dom Boga i brama nieba!» Wstawszy więc rano, wziął ów kamień, który podłożył sobie pod głowę, postawił go jako stelę i rozlał na jego wierzchu oliwę. I dał temu miejscu nazwę Betel. – Natomiast pierwotna nazwa tego miejsca była Luz. – Po czym złożył taki ślub: «Jeżeli Pan Bóg będzie ze mną, strzegąc mnie w drodze, w którą wyruszyłem, jeżeli da mi chleb do jedzenia i ubranie do okrycia się i jeżeli wrócę szczęśliwie do domu ojca mojego, Pan będzie moim Bogiem. Ten zaś kamień, który postawiłem jako stelę, będzie domem Boga. Z wszystkiego, co mi dasz, będę Ci składał w ofierze dziesięcinę»

4 komentarze:

  1. Hehmmm... Nie dotrwałam wczoraj do 3.05, żeby zobaczyć "Świat wg Bruegla" :-/

    Bardzo chętnie zobaczyłabym ten dokument zamiast "Alei Gwiazd", "Gilotyny", "Telezakupów", "Barw szczęścia", "Zmienników", "Czasu Honoru", "Siostry Jackie", "Instynktu" i innych wczorajszych dwójkowych programów razem wziętych :-/

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo fajny film - taki nastrojowy za sprawą kostiumów i głównych bohaterów. Gdyby nie to, ze lubie Bruegla, to jednak wydawal by sie mi trochę nudny.

    OdpowiedzUsuń
  3. Pewnie - "Droga na Kalwarię" jest tutaj pewnym wytrychem, który należy traktować w kategorii dyspozytywu. Niektórzy krytycy potraktowali transpozycję tegoż obrazu na obraz filmowy bardzo literalnie i stąd wynikają pewne nieporozumienia. Zarzucają filmowi "inne oświetlenie", "złą perspektywę", "oczywistość przekazu", "nudę". A mnie to akurat w 100% odpowiada. Nie chodzi przecież o to, by poruszyć obraz już statycznie istniejący, a wprowadzić widza w pewien stan - powiedzmy - refleksji. Nie oglądamy filmu fabularnego z zamiarem "nauki czegoś nowego" - i tak jak tego filmu nie oglądałam po to, by "Droga na Kalwarię" odkryła przede mną swoje tajemnice... Reasumując - myślę, że nie nudziłabym się nawet, gdyby Bruegel był mi całkowicie obcy.

    OdpowiedzUsuń
  4. I think the admin of this web page is really working hard for his web
    site, for the reason that here every information is quality
    based stuff.

    Look at my web blog low carb foods

    OdpowiedzUsuń