piątek, 15 kwietnia 2011

HANAMI - KWIAT WIŚNI


Chyba jeszcze nigdy tak nie płakałam. Nawet nie sądziłam, że istnieje film, który sprawi, że po pierwszych 30 minutach obserwacji, przez następnych 90 będę zalewać się łzami! Ten obraz obudził we mnie emocje, z których posiadania nawet sobie nie zdawałam sprawy. Skłonił do tak głębokich refleksji, do jakich nie były w stanie mnie doprowadzić wszystkie razem wzięte obejrzane melodramaty i dramaty. I, co dla mnie najbardziej zaskakujące, nie sądziłam, że będę płakać jak bóbr i wręcz przeżywać katharsis patrząc na gołąbki w menu jakiejś restauracji… Niewiarygodne. Niesamowity film. 


Doris Dörrie za sprawą studwudziestominutowego  filmu uzmysławia jak cienka jest linia, która przebiega między bliskością a obcością, zrozumieniem a nietolerancją, brakiem czasu a jego nadmiarem, kochaniem pełnym pasji i przyzwyczajeniem do kochania, rozkwitaniem i przemijaniem – i wreszcie: życiem i śmiercią. Dwie godziny, których nigdy nie zapomnę. 

Czasami nie dostrzegamy tego, ile ludzie dla nas znaczą, ile dla nas bezinteresownie robią (i to nie dlatego, że mają „wolną chwilę”, nudzi im się, czy gotując jak dla pułku wojska np. wątpią w nasze zdolności kulinarne). Taką próbę odciążenia nas (choć fakt faktem - przymusowego) często odbieramy jako nadgorliwość, wtrącanie się w nie swoje sprawy, dziwaczny rodzinny kolektyw, który powinien zostać unicestwiony. Podobne zjawisko obserwujemy w „Hanami – Kwiat wiśni”. 


Stare małżeństwo, które odchowało już dzieci (każde z nich wyfrunęło z gniazda, założyło rodzinę bądź wpadło w wir pracy), żyje spokojnym życiem gdzieś na prowincji. Niby życiem monotonnym, ale powtarzające się codzienne czynności zapewniają stabilizację. Te „procedury” wykonywane są z pietyzmem, niczym święte rytuały. Rudi codziennie wychodzi do pracy, o 7.28 wsiada do pociągu, o 13.00 je kanapkę i jabłko. Wraca do domu, żona wita go w drzwiach, pomaga ściągnąć buty i założyć kapcie, ubiera w sweter. Zasiadają do wspólnego obiadu. Sielanka szybko zostaje zburzona. Trudi dowiaduje się od lekarzy o śmiertelnej chorobie męża - postanawia tę wiadomość zachować dla siebie. Jest ciepłą, troskliwą kobietą, która woli się sama zamartwiać, niż którekolwiek z dzieci powiadomić. Postanawia zabrać męża – domatora z krwi i kości – w podróż. Chce odwiedzić dwójkę dzieci w Berlinie i pojechać do syna do Japonii (przy okazji zobaczyć górę Fudżi). Dzieci nie są zadowolone z nieoczekiwanej wizyty, nikt się nimi nie chce zaopiekować, nikt nie chce poświęcić im czasu. Z perspektywy widza rodzeństwo jawi się jako wyrodne, skoncentrowane na sobie -  bo mimo że dostrzegamy wszelkie wady Rudiego, jesteśmy bogatsi o wiedzę, której jego dzieci (i on sam) nie posiadają… Małżeństwo dostrzega, że w Berlinie nie ma czego szukać – widzi, jak bardzo rodzina oddaliła się od siebie – rodzice nic nie wiedzą o swoich dorosłych pociechach, dzieci nie interesuje co słychać u rodziców – i tak krąg się zamyka. Wyjeżdżają nad morze, podziwiają widoki, spacerują. Obserwujemy kobietę, która pragnie zapamiętać z tych chwil jak najwięcej, która ukradkiem płacze i nie śpi po nocach. Podczas jednej wspólnie nieprzespanej nocy (z uwagi na szum morza) – tańczą /pojawia się charakterystyczny lejtmotyw muzyczny/. Nocą do Trudi przychodzi tancerz Butoh i zabiera ją do swego świata. Nieoczekiwanie kobieta odchodzi pierwsza. Zawsze była w cieniu – w cieniu męża i dzieci. Cień jest tutaj elementem kluczowym, bo później jedynie za sprawą cienia Trudi będzie obecna w życiu swojego męża. Dzieci nie są w stanie wygospodarować jednego dnia ze swych napiętych harmonogramów na pogrzeb matki. W pochówku uczestniczą, oprócz męża, obce nam osoby i dziewczyna córki, która kiedyś poszła z Trudi na taneczne przedstawienie Butoh. Obca osoba okazała jej więcej serdeczności niż najbliższa rodzina... Smutne. 


Nasza uwaga przez pierwszą część filmu skupia się na Rudim – oznacza to, że sami bezwiednie spychamy jego żonę w cień, by później –paradoksalnie, kiedy jej już nie ma – poświęcić jej pełną atencję. Rudi jest dobrym człowiekiem, ale nie potrafi okazywać uczuć. Świetnie się uzupełniał z żoną – byli niczym Yin i Yang, zarówno pod względem imion (Rudi i Trudi) jak i charakterów. Dwa przeciwieństwa, które się pokochały i bez siebie nie mogą funkcjonować. Jest scena, w której dzieci wyrzucają zmarłej matce, że to ona odeszła – w domyśle – a nie on. Zostawiła człowieka, którym zawsze się opiekowała do tego stopnia, że bez niej nie potrafi funkcjonować. Wyręczała go nawet w najprostszych czynnościach (nawet przy ściąganiu butów). To ona zajmowała się domem i dziećmi, do jej obowiązków należało dbanie o porządek i czystość, gotowanie i robienie kanapek dla domowników, prasowanie itd. „Funkcja” mężczyzny sprowadzała się jedynie do zarabiania pieniędzy, poza pracą Rudi nie miał żadnych innych obowiązków. Matka obdarowywała dzieci podwójnym uczuciem, co było przez nie odbierane jako nadopiekuńczość i nadgorliwość. Cała trójka chciała od nich uciec jak najdalej – przeprowadzili się do Berlina, a (chyba najmłodszy) „synuś mamusi” wyjechał do Japonii, chcąc uwolnić się „od jej spódnicy”. Trudi dla rodziny poświęciła wszystko – jej największym marzeniem było zobaczenie góry Fudżi i odwiedzenie najmłodszego syna. Nigdy nie było czasu, szkoda było pieniędzy… Położyła na szali swoją największą pasję, którą mąż uważał za wariactwo. Rodzina była wartością nadrzędną. Tym bardziej jest to przykre, że po wielu latach poświęceń okazuje się, że jej miłość była odczytywana jako nic nie warta i spokojnie mogła się „spełniać zawodowo”. Tak czy siak – żadne z dzieci nie pofatygowałoby się na jej pogrzeb. Jedyną pamiątką po jej zainteresowaniach jest kimono, książka z widokami na górę Fudżi i zdjęcia jak tańczy. Rudi czuł zażenowanie patrząc na wymalowaną żonę w dziwnych pozach – i nie omieszkał jej o tym poinformować… Więc przestała. Będąc w Berlinie żadne z dzieci nie chciało się z nią wybrać na spektakl Butoh. Co ważniejsze, na jej propozycję: Zróbmy coś wspólnie – nie pada z ich strony żadne zdanie. Franzi okazuje jej więcej serca i zabiera na „taneczne show”, Trudi nie może powstrzymać łez wzruszenia. Jej mąż jest z nimi ciałem, bo woli zwiedzanie teatru niż tego typu maskaradę. Tych wszystkich „chwil niespędzonych” już wkrótce bardzo będzie żałował: „Gdybym wiedział, że umrze byłbym dla niej milszy” – mówi. To tak, jakby wiedza o czyjejś perspektywicznie niedalekiej śmierci determinowała nasze zachowania względem niej. „Hanami…” pod tym względem stanowi filmowy wyraz słów ks. Twardowskiego:

Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
zostaną po nich buty i telefon głuchy
tylko co nieważne jak krowa się wlecze
najważniejsze tak prędkie że nagle się staje
potem cisza normalna więc całkiem nieznośna
jak czystość urodzona najprościej z rozpaczy
kiedy myślimy o kimś zostając bez niego   

Nie chcę być moralizatorką, która teraz zacznie przytaczać puste frazesy o życiu, przemijaniu i śmierci. Nie chcę też nikogo oceniać, bo prawdopodobnie większość z nas zachowuje się tak jak „wyrodne dzieci” względem pewnych członków rodziny... - bo wbrew pozorom ta relacja nie zamyka się w ścisłych ramach zależności rodzic-dziecko.  

Po śmierci żony, Rudi postanawia zadośćuczynić. Zabiera wszystkie oszczędności i przeprowadza się do syna do Japonii. Stara się mu zastąpić matkę, ale – pomijając fakt, że nikt go o to nie prosi - robi to nieporadnie… Jest smutnym człowiekiem, który pogrąża się w pustce. Jego tęsknota jest tak wielka, że zaczyna zachowywać się „dziwnie” (patrząc z perspektywy własnych dzieci). Śpi z kimonem żony, ale po pewnym czasie już to mu nie wystarcza. Postanawia pokazać Trudi miejsc, które z pewnością by ją zachwyciły. Robi to w nietypowy sposób. Nagle przeistacza się w cudownego ciepłego człowieka, który chce spełnić marzenia zmarłej żony. Nie zmienia to faktu, że jedyną życzliwą mu osobą pozostaje poznana w parku osoba – tancerka Yu. To młoda dziewczyna, która za sprawą Butoh rozmawia przez telefon ze zmarłą matką. Tylko ona jest w stanie go zrozumieć, tylko ona traktuje go jak równego sobie człowieka, tylko ona widzi jego rozpacz i nie wyśmiewa, dostrzegając pod płaszczem damską garderobę. Wprowadza go w tajniki Butoh, które w scenie kulminacyjnej mają wielkie znaczenie… Po śmierci Rudiego okazuje się jak bardzo obcym człowiekiem był dla swoich dzieci - bez mrugnięcia okiem stwierdziły, że "ojciec ześwirował", skoro przebierał się w damskie ciuszki... i jeszcze pikanterii dodaje fakt, że skonał mieszkając w hotelowym pokoju z 18-latką... Szybciej skłonni są uznać perwersję seksualną ojca niż zwrócić uwagę na jego przerażającą tęsknotę za żoną. Dwie zupełnie odmienne kultury, z których nasza zdaje się być niebywale uboga...

W czym tkwi siła tego filmu? Oczywiście, można zastosować klucz socjologiczny, feministyczny, genderowy czy autobiograficzny[1], można zająć się ogólną analizą treści i, prawdopodobnie, można by było jakiś religijny wytrych znaleźć… Tylko mam wrażenie (…choć to spostrzeżenie filmoznawcy nie godne), że pewne filmy nie wymagają dogłębnej analizy. Wystarczy ich wrażeniowość. Ich działanie. By odczuć „moc filmu” nie trzeba go „rozbierać” na części pierwsze, nie trzeba doprowadzić do analitycznego „wyczerpania tematu”, wystarczy czuć – pochłaniać obrazy, które na długo zapadają w pamięci…


…an apple a day
keeps the doctor away…




[1] W 1996 roku zmarł przedwcześnie mąż reżyserki i stały współpracownik - operator Helge Weindler

2 komentarze:

  1. Uwielbiam ten film i masz rację, jest niesamowicie wzruszający... :) i piękny.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja również, nie pamiętam, żebym kiedykolwiek na innym filmie tak łkała jak na "Kwieci wiśni", właśnie. Co tam ja, cała sala zanosiła się prawie od płaczu, serio. Pewnie dlatego tak bardzo porusza, bo odnajdujemy, jakieś kawałeczki naszego życia, tego obecnego jak i przeczuwanego. I taki wielki żal bije z ekranu, że ludzie bliscy sobie, ze względu na więzy krwi, długie wspólne życie, bywają czasem dla siebie jak bliscy nieznajomi mijani codziennie na ulicy. Naprawdę przesmutny film, i dlatego taki piękny.
    A dla zmiany nastroju polecam ci inny film tej reżyserki "Oświecenie gwarantowane". Świetna refleksyjna ( w końcu nie może być inaczej - rzecz dzieje sie w klasztorze buddyjskim) komedia.
    bf

    OdpowiedzUsuń