środa, 6 kwietnia 2011

Gregg Araki, "Doom Generation" w dzisiejszej perspektywie

Zaczynając od genezy tytułu: Kto wchodził w skład „straconego pokolenia” i skąd wzięło ono swoją nazwę?


U źródeł leży zdanie You are all a lost generation wypowiedziane przez Gertrudę Stein, po przeczytaniu Ruchomego Święta Ernesta Hemingwaya. Wtedy dotyczyło ono amerykańskich pisarzy (Johna Dos Passosa, Francisa Scotta Fitzgeralda oraz Ericha Marię Remarque'a), którzy walczyli w Europie podczas wojny w latach 1914-1918.
Później nazwą „lost generation” zaczęto określać ludzi urodzonych około roku 1898, którzy brali udział w  I wojnie światowej. Sformułowanie zaadaptowała na grunt czasów współczesnych Gazeta Wyborcza, która „straconym pokoleniem” zaczęła określać grupę bezrobotnych młodych ludzi. Najlepszą charakterystyką niech będzie fragment jednego z listów do redakcji:

Mam 26 lat, z tego 20 spędziłam poza Polską. Cztery skończone fakultety (stosunki międzynarodowe, politologia, germanistyka i zarządzanie samorządem terytorialnym - wszystkie na zagranicznych uczelniach). Kolejny - ekonomia via internet na szwedzkim uniwersytecie - rozpoczęty. Znam cztery języki - angielski, niemiecki, szwedzki, norweski. Trzy pierwsze nawet lepiej niż polski. Każdą przerwę letnią w studiach wykorzystywałam na zdobycie doświadczenia - m.in. organizowałam przyjęcia charytatywne dla ówczesnego kandydata na prezydenta Baracka Obamy i gubernatora stanu NY.

Po latach wróciłam do Polski. Nie musiałam - chciałam. Pracy szukałam przez rok. Wysłałam dziesiątki CV, także do polskiego MSZ. Wydawało mi się, że dyplomacji przyda się osoba wykształcona za granicą, znająca języki. Bez odpowiedzi. Po kilku miesiącach znalazłam pracę w małej firmie. Zaczęłam od stażu, na którym musiałam sama dopłacać do telefonu, bo nikt mi za służbowe rozmowy nie płacił. Po roku i czterech awansach zarabiam 2 tys. brutto. Za mieszkanie płacę tysiąc.

Chociaż 4 języków nie znam i skończyłam tylko jedne studia, sama się do tego pokolenia zaliczam. Były marzenia, które w pewnym momencie na swej drodze napotkały brutalną rzeczywistość. Kim jest najlepszy potencjalny kandydat do pracy? Młody (24-28 lat), wykształcenie wyższe kierunkowe, doświadczenie na podobnym stanowisku (min. 2 lata), odbyte praktyki i staże (min. rok), znajomość 3 języków obcych (kolejnych trzech będzie dodatkowym atutem), gotowość do podróży, prawo jazdy kat. B i własny samochód, dyspozycyjność, odporność na stres, gotowość do pracy 8 godzin dziennie  (w razie potrzeby 10), znajomość programów z pakietu Adobe (Illustrator, InDesign, Photoshop; znajomość After Effects będzie dodatkowym atutem), gotowość do wykonywania powierzonych zadań również w domowym zaciszu, sumienność, punktualność i zapał do pracy, niezmącony 1.386 zł brutto. Może trochę przerysowana, ale taka właśnie jest współczesna polska rzeczywistość. 

W filmie Gregga Arakiego, powstałym w 1995 roku, mamy portret amerykańskiego "doom generation". Film o tym samym tytule wchodzi w skład Teenage Apocalypse Trilogy i (w dużym uproszczeniu) traktuje o dojrzewaniu w czasach, w których bardzo szybko przechodzimy w dorosłość. Paradoks polega na tym, że pod maską "dojrzałych dorosłych", kryją się 15-letnie dzieci, eksperymentujące zarówno z ubiorem i używkami, jak i ze swoją seksualnością. Co ważniejsze - dorośli w tym filmie praktycznie nie funkcjonują, są co najwyżej mało ważnymi postaciami 2-go planowymi. 

Amy i Jordan podróżując przez Amerykę poznają dziwną postać (w równie dziwnych okolicznościach). Xavier (którego Amy w pewnym momencie nazywa "demonem z piekła") sprowadza swą życiową filozofię do zaspakajania najważniejszych (czyt. biologicznych) potrzeb. Szybko staje się ich towarzyszem podróży (czyt. niedoli), a finalnie - jedynym partnerem Amy. 

Naprzemiennie w kadrach: przemoc, seks i krew. Tak, to może zrazić. Może i film arcydziełem nie jest, ale jest coś urzekającego w tym "bezsensie" i "alogice", którą rządzi się fabuła. To trochę tak, jakbyśmy zaczęli grać w Doom'a i strzelali (do potworów) na oślep, skoro my mamy ileś żyć, nie dziwią nas "powracające potwory", które nagabują Amy; skoro jesteśmy żołnierzami - nie dziwią nas morderstwa (nawet bezsensowne morderstwa na wojnie są wybaczane, a przecież my walczymy o przetrwanie). O wydarzeniach w kraju i na świecie dowiadujemy się za pośrednictwem telewizora i mediów, które przedstawiają nam informacje już przetworzone. 

Tak jak wspomniałam, film w ogólnym rozrachunku dobrym nie jest, ale da się wyłuskać z niego parę prawd, które Araki chciał, w sposób możliwie najbardziej przerysowany, przedstawić.

2 komentarze:

  1. Zainteresowałaś mnie. Jeśli się natknę, w TV lub bibliotece, skorzystam. Jedynym filmem tego reżysera, jaki widziałam jest "Zły dotyk" (Mysterious Skin).
    bf

    OdpowiedzUsuń
  2. Cieszę się bardzo :-)

    W porównaniu ze "Złym dotykiem", który zrobił na mnie ogromne wrażenie, "Doom Generation" chowa się pokornie w cień...

    Jest to też kwestia tematu, jaki reżyser bierze na warsztat. W "Złym dotyku" fascynuje (choć przeraża jednocześnie) sama istota zła, która zachęca nas-istoty ułomne, by jej ulec. Mamy przedstawione działanie mechanizmu wyparcia u dwóch chłopców. Jeden twierdzi, że został porwany przez UFO (i o ile dobrze pamiętam, tłumaczy tym faktem częste krwotoki z nosa), drugi molestowanie seksualne po prostu usunął z pamięci. Świetne (i nobilitujące w jakimś sensie)jest to, że my-widzowie (jak na prawdziwych wojerystów przystało) doskonale wiemy, co leży u źródła ich późniejszych zachowań w życiu. Oni sami, mimo że bezpośrednio ich to dotyczy, muszą pozwolić, by prawda do nich dotarła.

    W "Doom Generation" mamy do czynienia z innym rodzajem "straconego pokolenia", chociaż ciężko rokować które z nich jest bardziej doświadczone.

    Pozdrawiam :-)

    OdpowiedzUsuń