wtorek, 8 lutego 2011

Marcowe wydanie VANITY FAIR

Cover
Piętnaście gwiazd kina - Anne Hathaway, James Franco, Ryan Reynolds, Jake Gyllenhaal, Jesse Eisenberg, Jennifer Lawrence, Noomi Rapace, Anthony Mackie, Olivia Wilde, Mila Kunis, Joseph Gordon-Levitt, Andrew Garfield, Rashida Jones, Garrett Hedlund oraz Robert Duvall wyglądający zza barowej lady - na trzystronicowej okładce.

Jessica Diehl (stylistka i współautorka okładki do której zdjęcia zrobił Norman Jean Roy) mówi:

Chciałam przywołać ducha glamouru z Szanghaju lat 30. - ery dymu papierosowego i elegancji. Wykreowaliśmy dżentelmenów w czarnych smokingach i damy w długich sukniach i z diamentami

Już po raz 17. miesięcznik pokazuje hollywoodzkie gwiazdy, które zdominowały oscarową galę i prawdopodobnie 2011 rok będzie należał do nich. "Vanity Fair" jest gazetą, której brakuje odpowiednika na gruncie polskim (i nad tym faktem bardzo ubolewam) a te, które starają się zachować, powiedzmy, światowy poziom, są przyćmione przez liczne brukowe tytuły. Oczywiście, możnaby zapytać, czy taka Edyta Herbuś, Ola Kwaśniewska, Robert Kochanek czy Joanna Liszowska zasłużyli sobie na sesje w jakimś godnym uwagi piśmie. Bycie tzw. celebrytą, czyli samo w sobie medialne jestestwo, bywanie "na salonach" i pozowanie do zdjęć stało się ostatnimi czasy niebywale modne. Nawet zaryzykowałabym stwierdzenie, że więcej wiem o tym, jak wygląda życie takiej Liszowskiej - kiedy się zaręczyła, z kim się zaręczyła, dlaczego wypadają jej włosy czy dlaczego nosi o dwa rozmiary za małe buty - niż o ludziach, którzy faktycznie zasługują na uwagę. To jest bardzo przykre zjawisko, bo zza kioskowych szyb patrzą na mnie ludzie, o których nie mam ochoty czytać - co gorsza, otwieram "gazetkę" a tam spogląda na mnie maślanymi oczami Michał Wiśniewski, który jest (albo był) managerem jednej ze swoich byłych żon, naga (już teraz była) żona Krzysztofa Ibisza, Weronika Marczuk-Pazura (chociaż już teraz tylko Marczuk), jakaś Paulla (?), Edyta Herbuś itp. Do znudzenia pojawia się z miesiąca na miesiąc młodniejący Krzysztof Ibisz i lansująca się jako supermama Kasia Cichopek - wszystko do tego stopnia cukierkowe, pięknie wypowiedziane, uładzone - każdy jawi się niczym ideał (piękna, charakteru i czegokolwiek innego), że mniej więcej po przeczytaniu 1/8 wywiadu mam dość. Tak funkcjonują brukowce - sensacja i plotka na pierwszym planie. 

Zaryzykuję stwierdzenie, że jedynie magazyn "Viva!" dorównuje sesjom zdjęciowym na poziomie światowym. Cały czas mam w pamięci bardzo stylową, intymną w charakterze sesję Szymona Majewskiego i kolorową, kojarzącą się z twórczością Anne Geddes, sesję Mai Ostaszewskiej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz