sobota, 5 lutego 2011

Black swan theory w perspektywie Darrena Aronofskiego





Czyli rzecz o obsesji, która popycha na skraj obłędu; rzecz o przyjaźni, która nie może zostać spełniona; rzecz o zauroczeniu, które nie może przerodzić się w miłość; rzecz o balecie, który nie jest „tańcem czystym”; rzecz o rywalizacji, która nie jest zdrowa; i wreszcie – rzecz o marzeniach, które nie są naszymi marzeniami.




Black Swan jest filmem, który traktuje przede wszystkim o poświęceniu się swojej pasji (jak się później okaże – w sposób dosłowny). Nina - młoda, zdolna i ambitna baletnica – cały czas stara się o role w różnego rodzaju występach, kiedy w niedalekiej perspektywie pojawia się wizja zagrania pierwszych skrzypiec w Jeziorze Łabędzim jest w stanie poświęcić wszystko dla tego (jednego) występu. Poza tym nie są to tylko i wyłącznie jej marzenia – jej matka jest niespełnioną tancerką, której ciąża przekreśliła świetlaną przyszłość; swoiste taneczne guru – reżyser grany przez Vincenta Cassela – marzy o znalezieniu swojej kolejnej „księżniczki”, była gwiazda – Beth odchodzi na taneczną emeryturę, nie radzi sobie z upływem czasu, ale podskórnie czujemy, że jest święcie przekonana o tym, że i tę rolę mogłaby jeszcze zagrać, Lily (jako swoiste alterego Niny) – z resztą podobnie jak każda dziewczyna z zespołu – ma chrapkę na główną rolę. Wyczuwalna klaustrofobiczna atmosfera przeradza się w stan niepokoju, dramat psychologiczny - za sprawą kilku prostych trików/motywów - przeistacza się chwilami w klasyczny horror, o body horror się ocierając. Nic nie jest już oczywiste. Świat rzeczywisty stapia się z wizjami głównej bohaterki do tego stopnia, że sami nie wiemy, co jest projekcją chorego umysłu a co dzieje się naprawdę. Wszystko staje się względne, każda postać, widziana każdorazowo przez pryzmat innego bohatera, zmienia swój „status sympatii” o 180°. Początkowo dystansujemy się do bohaterów, obserwujemy ich poczynania, oceniamy – mniej więcej w połowie projekcji cały ten świat, który skrupulatnie konstruowaliśmy legnie w gruzach. Poprzez wprowadzenie różnego rodzaju wizji nie jesteśmy w stanie określić podstawowych relacji między jednostkami, poddajemy w pewnym momencie w wątpliwość dobre zamiary matki, nie wiemy podstawowej rzeczy – czy Lily jest przyjaciółką Niny, czy jej śmiertelnym wrogiem. Przeistoczenie się delikatnej dziewczyny – perfekcjonalistki, kogoś na kształt „tanecznego kujona” w seksowną uwodzicielkę - kuszącego wampa o spontanicznej naturze jest zbyt dużą ingerencją w tożsamość - i to się musiało źle skończyć.      


Fakt faktem, spodziewałam się czegoś na kształt altmanowskiego The Company – bardziej paradokumentu niż dramatu, bardziej filmu o tancerzach i samym tańcu niż o przeżywanych przez postaci rozterkach, chłodnej – może nawet zobiektywizowanej obserwacji. Aronofsky zafundował widzom coś zupełnie innego, coś, co Altman zupełnie zignorował – ten film jest drugą stroną medalu „tancerzy z Joffreys Ballet” – traktuje o ludzkim dramacie, a balet jest jedynie tłem opowiadanych wydarzeń, jest hitchcockowskim McGuffinem, który w trakcie projekcji zostaje nieco przysłonięty przez postać Natalie Portman – jako świetnej aktorki i granej przez nią baleriny. Stąd też teoria czarnego łabędzia, która w moim wypadku sprawdza się na dwóch płaszczyznach: 

- na gruncie samego filmu, należałoby więc napisać, że Czarny Łabędź jest dla mnie czarnym łabędziem, bo spodziewałam się po nim czegoś innego (chyba nawet czegoś miałkiego, co zostało podtrzymane przy życiu jedynie przez obsadę i grę aktorską Natalie Portman), 

- na gruncie finałowej sceny – balerina umiera – rzecz nieoczekiwana, bo wydaje nam się, że nie jest to wizja schizofrenicznego umysłu, ma (a raczej będzie miało) to tragiczne konsekwencje (prawdopodobnie jej matka przejdzie załamanie nerwowe, a reputację teatru ciężko będzie odpracować), patrząc z perspektywy całości dzieła – zakończenie było do przewidzenia i śmierć do tego stopnia niespójnej tożsamości była nieunikniona.


Reasumując: od obejrzanego Pająka Davida Cronenberga aż do Black Swan nie spotkałam się z filmem, który byłby w stanie na tyle manipulować obrazem, żebym zatraciła się w jego rzeczywistości, żebym nie była w stanie określić co jest prawdą, a co stało się namacalną, zmaterializowaną wizją bohatera. W kontekście finałowej sceny - Ave, Aronofsky, morituri te salut ant!     

3 komentarze:

  1. Schizofrenia to wytłumaczenie- z tych "latwiejszych". Projekcje głównej bohaterki nie koniecznie wynikają z choroby. Owszem fikcja zlewa sie z rzeczywistością jednakże to co widzimy można odbierać jako wizualizacje myśli głównej bohaterki. Tak bardzo zależało jej na roli i tylko to sie liczyło, a klebiqce sie myśli były "wszystkim tym co może pójść zle"- to naturalne. Finałowe scena- pokazuje, ze nie da sie być doskonałym, czasem tak bardzo tego chcemy ze zrobimy dosłownie wszystko, sztuka- wymaga poświęceń, czasem największych, a w doskonałości można trwać tylko chwile. /Arabold Horn

    OdpowiedzUsuń
  2. Oczywiście - tylko czy chodzi jedynie o rolę do "Jeziora Łabędziego"? Kiedy matka spostrzega zadrapania na ciele córki nie zadaje pytania: "Co się stało?" a "Znowu się drapiesz?". To świadczyłoby o fakcie, że ten problem pojawił się dużo wcześniej... A poza tym podłoże "wizualizacji myśli głównej bohaterki" może być również spowodowane schizofrenią. Zdrowy umysł odróżnia sen czy jawę od rzeczywistości - nasza bohaterka jest przekonana o tym, że spała ze swoją rywalką (choć to możemy przypisać działaniu tabletki od Lily), że skóra na jej rękach "się rozpada", że widzi swojego sobowtóra. To byłoby właśnie upośledzenie postrzegania rzeczywistości i nie jest wg mnie naturalne - jest wynikiem schizofrenii... Ale oczywiście - ile osób - tyle interpretacji - i chyba to w kinie najbardziej mnie pociąga :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Fantaѕtiс post but I was wanting tο
    know if you could wгite a lіtte mогe on thiѕ subject?
    I'd be very thankful if you could elaborate a little bit more. Cheers!

    My web blog :: Pay Day Loans
    Feel free to visit my web blog ; Payday Loans

    OdpowiedzUsuń