środa, 26 stycznia 2011

SOCIAL NETWORK, czyli jak zamienić prawdziwego przyjaciela na 500 milionów znajomych

Dzielenie się własną tożsamością – tą spod znaku Erika Eriksona – do pewnego stopnia wybraną lub wymyśloną, stało się wyznacznikiem współczesności. Tak rozumiana tożsamość jest  indywidualnym wyborem – jak pisze wspomniany wcześniej psycholog:

by tożsamość była moja, muszę ją zaakceptować, co przynajmniej w teorii otwiera pole do negocjacji z moim środowiskiem, moją historią i moim przeznaczeniem. Jednostka może oczywiście pozostać bierna i przyjąć bez oporu horyzont zaproponowany przez jej otoczenie. Ale nawet w tym przypadku jej tożsamość zostanie uznana za jej własność, za rezultat milczącej zgody (…)[1]




Idąc tym tropem - współczesny człowiek musi dokonać autodefinicji, musi się określić – musi stworzyć, wynaleźć , obrać sobie tożsamość. Prowadząc negocjacje z otoczeniem „stajemy się kimś”, np. za sprawą naszego poziomu wykształcenia, przynależąc do określonych grup – kół hobbystyczno-naukowych, deklarując orientację seksualną czy kreując płeć kulturową. Oprócz tego sposób przekazania tych informacji otoczeniu wpływa na sposób postrzegania nas przez innych, na to, czy nasza tożsamość zostanie ZAAKCEPTOWANA. Niejednokrotnie pojawia się dysonans między tym, w jaki sposób się samookreślamy  a tym, w jaki sposób postrzegają nas inni. Czasami wynika to po prostu z „zazdrości o oryginalność”, czasami jednak z rozbieżności między tym jacy jesteśmy naprawdę a jacy chcielibyśmy być. Podczas gdy w rzeczywistym świecie nasza wyimaginowana tożsamość może zostać szybko zdemaskowana, to w świecie baudrillardowskich symulakrów proces „dochodzenia do prawdy” zostaje sporo wydłużony. Zdaniem francuskiego socjologa i filozofa kultury podmiot stał się jednostką ready made – czymś na kształt klona, kimś, kto – nawet nie tyle gra, co sam ze sobą eksperymentuje. Chęć bycia odmiennym w świecie rozprzestrzeniającej się unifikacji prowadzi do pytań o własną tożsamość, chociaż jak twierdzi Baudrillard:

Tożsamość jest patetycznie absurdalnym marzeniem. Marzymy o byciu sobą, kiedy nie mamy nic lepszego do roboty. (…) Tożsamość jest rozpoznawczą obsesją jestestwa wyzwolonego, ale wyzwolonego w pustce, które już zupełnie nie wie, kim jest. To metka istnienia. Obecnie wszystkie energie – narodów, mniejszości i jednostek – skupiają się na zakrawających na kpinę afirmacjach, na pozbawionych ambicji stwierdzeniach: Jestem! Istnieję! Żyję, nazywam się Jakiśtam, jestem Europejczykiem! Trzeba dowodzić oczywistości, która od razu przestaje być oczywista.[2]

Celem ustalenia tożsamości jest identyfikacja jednostki i świata, w którym przyszło jej żyć. Lacanowska faza lustra ustąpiła miejsca fazie wideo, w której dominuje ekran. Obecność ekranu zakłada swoistą bezrefleksyjność, bo tylko żywa tożsamość jest zdolna do myślenia.  Nasze wyobrażenia (o nas samych i świecie, w którym żyjemy), marzenia i ideały uległy hiperurzeczywistnieniu[3] - wirtualnej materializacji. Ukształtowała się zatem nowa perspektywa – odrealniony świat, w którym wszystko jest możliwe, w którym możemy doznać spełnienia, w którym zostaniemy zaakceptowani przez internetowe społeczeństwo. Jakie są tego konsekwencje?  Koniec człowieka wyalienowanego: spełniona jednostka, rzecz jasna spełniona wirtualnie[4] – odpowiada autor Symulakrów i symulacji.


Ten teoretyczny wstęp, który nakreśliłam jest potrzebny do uświadomienia sobie specyfiki rzeczywistości, w której żyjemy – rzeczywistości Marka Zuckerberga. Już od pierwszej sceny budzi w nas mieszane uczucia – młody, nad wyraz ambitny, zarozumiały, pewny siebie i własnej wartości (własnego geniuszu) człowiek, z którym – po ostrej wymianie zdań - zrywa dziewczyna. Jego reakcja nie jest „typowa” dla dwudziestolatka – moglibyśmy się spodziewać, wzorem amerykańskich filmów dla nastolatków, że zaprosi kumpli do siebie lub do knajpy, po paru głębszych opowie co się stało, wszyscy ponarzekają na bezduszne kobiety, koledzy pocieszą go, przedstawią pozytywy bycia singlem i zarysują perspektywę imprezy, na którą trzeba będzie zaprosić „ekstra laski”. Nic takiego nie ma miejsca – Mark biegnie do akademika jak poparzony, po przyjściu do mieszkania włącza komputer, otwiera piwo i zaczyna blogować – niczym pies ogrodnika, postanawia uprzykrzyć życie swojej byłej, nie posuwa się w tym do jakiejkolwiek konstruktywnej krytyki – kpi z rodowego nazwiska i rozmiaru noszonego przez nią biustonosza. To, co robi główny bohater (i jego późniejszy twór) jest metaforą naszych czasów – nic nie dzieje się bezpośrednio, nawet najbardziej intymne chwile przeżywane są grupowo, na skalę masową – jak powie później Erica – raz napisanych słów nie da się wymazać z Internetu. Mark nie dzieli się swoimi emocjami z najbliższymi – wszystkie myśli wpuszcza w eter sieci, która jest dla niego jedyną – bezosobową przyjaciółką. Zna mechanizmy jej działania i wie, w jaki sposób należy się z nią obchodzić, w jaki sposób można ją wykorzystać: człowiek-maszyna odnalazł swoją drugą połówkę. Za jej pomocą sprawi, że ludzie go ZAAKCEPTUJĄ ze wszystkimi jego dziwactwami, kompleksami, trudnym charakterem i specyficznym ubiorem (klapkami, z którymi się nie rozstaje). 


Fincher zbudował akcję filmu wokół dwóch procesów, które wytoczono Zuckerbergowi – bracia Winklevoss oskarżyli go o kradzież własności intelektualnej – pomysłu na Facebooka, najlepszy (jedyny) przyjaciel oskarżył go o oszustwo i odsunięcie od interesu. Na mocy podpisanej ugody – Winklevossowie dostają 65 milionów dolarów, Eduardo Saverin odszkodowanie w nieznanej wysokości i ponownie widnieje w stopce portalu jako współzałożyciel. Nie to jest jednak ważne. Fincher kształtuje na tyle obiektywną wizję sporu, że nie jesteśmy w stanie po projekcji stwierdzić, czy stało się dobrze czy źle, czy bracia Winklevoss mieli prawo do części pieniędzy, czy to był ich pomysł czy jedynie zarodek jakiegoś projektu, który dopiero ukształtował się w głowie Marka i tylko dzięki jego umiejętnościom mógł się on zmaterializować. Niemniej jednak najbardziej pozytywną i wzbudzającą sympatię postacią jest bohater grany przez Andrew Garfielda – to on został najbardziej dotknięty zaistniałą sytuacją i samym faktem, że z własnym przyjacielem musi się sądzić o przynależne mu profity. Mark jawi się jako męska wersja modliszki, która domaga się uznania swej wartości i wielkiego talentu – jeśli coś nie idzie zgodnie z planem, ktoś nie zgadza się z jego wizją, nie nadąża za jego tokiem myślenia – odpada z gry. Zazdrość niszczy jego relację z Saverinem, aż w końcu (przy pomocy Seana Parkera)  doprowadza do drastycznego końca przyjaźni. Kompleksy Marka wpływają na jego decyzje – usuwa nazwisko przyjaciela ze stopki, bo nie chce się dzielić swoim sukcesem z nikim – co najśmieszniejsze, myśli, że będąc miliarderem, osobą sławną, którą każdy chce mieć w gronie swoich „znajomych” odzyska dawną miłość. Okazuje się, że uznanie przez innych jest warunkiem spełnionej tożsamości. Żeby być sobą jednostka musi zostać uznana. Tak jak w słynnej analizie Hegla, jednostka domaga się uznania.[5] Jednostka nie może funkcjonować samodzielnie, nie jest samowystarczalnym tworem, który może obyć się bez reszty społeczeństwa. Nie jesteśmy w stanie się samookreślić, a w każdym razie to społeczeństwo musi zweryfikować, czy nasza własna ocena siebie jest słuszna. Stwarzamy na te potrzeby „znaczących innych”[6] – przyjmujemy ich do grona facebookowych znajomych poprzez AKCEPTACJĘ. To oni będą oceniać (komentować) nasze wypowiedzi, zdjęcia, zachowania. Będą odnosili się do naszych zainteresowań, przynależności do poszczególnych grup, hobby czy innych naszych znajomych. Na podstawie tego będą wyrabiali sobie o nas opinię. Im bardziej potrafimy się sprzedać, im bardziej jesteśmy w stanie zainteresować ludzi swoją osobą – tym większym uznaniem będziemy się cieszyć.       

Social Network jest metaforą współczesnego świata. Fincher za sprawą zakompleksionego, wyalienowanego geniusza stworzył portret naszego społeczeństwa, przedstawił priorytety, które nim rządzą. Współczesnym motywem głównym jest nieustanna walka o uznanie, o oryginalność w ujednoliconym za sprawą globalizacji świecie. Odrębny podmiot nie istnieje – wręcz we współczesnym świecie nie ma prawa bytu. Nie liczą się intymne relacje między ludźmi, intymne wyznania między przyjaciółmi, intymne rozmowy face to face z ukochaną osobą. Po co powtarzać coś dziesięć razy, skoro można to napisać na facebookowej tablicy? Po co mówić komuś, że ładnie dzisiaj wygląda, skoro można skomentować zdjęcie? Po co werbalizować „kocham cię”, skoro napisanie tego pod fotografią ma większy zasięg – niech wszyscy wiedzą, co czuję.

Priorytet został przyznany sieci, a nie jej abonentom. Tożsamość leży po stronie sieci, a nie po stronie jednostki. Zbiorowość także przeszła do sieci. Wirtualna hiperrzeczywistość połknęła oba pojęcia naraz. Bieguny indywidualne – zbiorowe zacieraj się.[7] 

Przynależność do wirtualnej zbiorowości sprawia, że stajemy się narcyzami spod znaku Lascha – nasze kontakty stają się powierzchowne, poznajemy drugą osobę na tyle, na ile nam pozwoli – nie jesteśmy w stanie odróżnić prawdy od kreacji, patrzymy na człowieka przez pryzmat jego kontaktów i zdjęć a nie przez wartości, jakie reprezentuje. Przenosimy rzeczywistość do świata wirtualnego, z czego z pewnością twórca Facebooka i osoby jego pokroju (skryte, zakompleksione, świadome swoich umiejętności ale też i wad) są zadowolone. W takim świecie dużo łatwiej ukryć to, czego nie chcemy, by o nas wiedziano. Reasumując: niech o naszej wartości nie świadczy ilość znajomych na portalu a ilość złożonych nam życzeń w dniu urodzin, kiedy usuniemy tę datę z Facebooka.


[1] Ch. Taylor, Źródła współczesnej tożsamości [w:] Tożsamość w czasach zmiany. Rozmowy w Castel Gandolfo, Znak, Kraków 1995, s. 12.
[2] J. Baudrillard, Rozmowy przed końcem, przeł. R. Lis, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2001, s. 67.
[3] Por. Tamże, s. 68.
[4] Tamże.
[5] Ch. Taylor, Źródła współczesnej …, s. 13.
[6] Tamże.
[7] J. Baudrillard, Rozmowy …, s. 69.

4 komentarze:

  1. Kolejna świetna, mądra recenzja! :) Ja założyłam konto jeszcze przed filmem. Ale mam tylko 5 znajomych (sama rodzina), i nie zamierzam powiekszać tej liczby. Udało mi się znaleźć akceptację u samej siebie, trochę się nad tym napracowałam. Facebook traktuję raczej jako nowinke i ciekawostkę. Pozdrawiam. :)
    babka filmowa

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję :)

    Sama się jeszcze przed Facebookiem wzbraniam, ale myślę, że już niedługo "przyjdzie pora na telestwora" i również założę konto :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Fantastyczna recenzja. Mnie również film się spodobał z tychże względów, tyle, że ja nie umiem tego tak pięknie opisać. Mam konto na facebooku, a dzięki niemu poznałam osobę o takiej samej pasji muzycznej, jak moja i to jest moja największa wartość posiadania konta, a znajomi... niektórych nawet nie znam.. :) Pozdrawiam
    ggpodroze.bloog-pl
    guciamal

    OdpowiedzUsuń
  4. Dzięki, cieszę się, że recenzja przypadła Ci do gustu :) Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń